Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Przez trzy ostatnie tygodnie pracowałam po 16 godzin dziennie. Dostawałam zdjęcia poranionych, opuchniętych stóp albo wręcz ludzi leżących w stanie półagonalnym w lesie - opowiada Jarmiła Rybicka. - Dzwonili ludzie uwięzieni w pasie przygranicznym, nie pili od kilku dni czystej wody, byli wielokrotnie wywożeni do Białorusi. Dzwoniły kobiety w ciąży i rodzice dwumiesięcznych dzieci.

Warszawiacy na polsko-białoruskiej granicy. "W lasach leżą ciała"

Jarmiła Rybicka jest jedną z grupy mieszkańców Warszawy, którzy jeżdżą na granicę polsko-białoruską pomagać uchodźcom. Należy do Grupy Granica, ale jej członkowie decyzją rządu nie mają na granicę wstępu. - Jeśli uchodźcy znajdują się poza strefą stanu wyjątkowego, wtedy podejmujemy interwencje ratujące im życie - mówi.

Liczba zgłoszeń rośnie w zawrotnym tempie. Jedna z kilku ekip ma kilkadziesiąt telefonów dziennie. - Wolontariusze razem z medykami coraz częściej jeżdżą do umierających osób. Dostarczają uchodźcom wodę, jedzenie i suche ubrania. - Zajmujemy się też poszukiwaniem osób zaginionych, od których rodziny nie dostają żadnych wiadomości. Monitorujemy, co dzieje się z osobami, które trafiają do szpitali. Bo często po wypisie straż graniczna wywozi jej do lasu - opowiada Rybicka. - Kiedyś dostałam zgłoszenie od rodziny, która topiła się w bagnie w środku puszczy. Udało się tych ludzi uratować dzięki pomocy mieszkańców, medyków i straży pożarnej. Teraz ubiegają się o azyl.

Uchodźcy w Usnarzu Górnym (zdjęcie z 1 września)Uchodźcy w Usnarzu Górnym (zdjęcie z 1 września) Fot. Czarek Sokolowski / AP Photo

Najbardziej przejmujące było spotkanie z trzema uchodźcami LGBT z Iraku. Udało im się wejść w procedurę azylową, dzięki dokumentom z Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i obecności mediów. Spali pod gołym niebem w środku Puszczy Białowieskiej. W drodze byli od 15 dni.

Rybicka opowiada: - Spotkałam osoby z Konga, Jemenu, Kurdystanu. Z dziećmi błąkają się po lesie od tygodni. W tych lasach leżą też ciała osób, które nie przeżyły podróży.

Kilka lat temu założyła Kuchnię konfliktu, restaurację zatrudniającą uchodźców. Przy Wilczej można zjeść dania z Turcji, Iraku, Syrii.

Uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej. Lekarka: Dochodzi tam do dramatów

Weronika Bujko-Kiersnowska jest anestezjolożką na oddziale intensywnej terapii w jednym z warszawskich szpitali. Pierwszy raz była na Podlasiu 11 października. Należy do grupy Medycy na granicy. To oddolna inicjatywa lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych, którzy chcą nieść pomoc uchodźcom przy polsko-białoruskiej granicy. Jest ich kilkudziesięciu, mają karetkę, którą użyczyła prywatna firma.

Czekają na zgłoszenie od aktywistów, Straży Granicznej lub lokalnej dyspozytorni. - Pierwszego dnia udzielałam porad telefonicznych, nie pojechaliśmy na interwencję. To zły sygnał, ponieważ wiemy o ludziach, którzy wymagają pilnej pomocy - opowiada Bujko-Kiersnowska. - Jestem przekonana, że w strefie stanu wyjątkowego, do której nie mamy wstępu, dochodzi do dramatów. Ludzie mają dotkliwie poranione stopy i nogi, potrzebują antybiotyków, leków przeciwbólowych. Są odwodnieni i wychłodzeni.

Od wielu lat wraz z mężem współpracują z organizacjami pozarządowymi, również wspierającymi migrantów. - Mimo ogromu pracy w szpitalu i trójki dzieci postanowiłam dołączyć do Medyków na granicy - mówi. - Chciałabym, żeby pogranicznicy traktowali nas jako wsparcie. Wiem, że muszą bronić granicy państwa, ale widzą też, jakie dramaty tam się rozgrywają. Nasze spotkania nie są jednak przyjemne. Uważam jednak, że moim obowiązkiem moralnym i zawodowym jest niesienie pomocy potrzebującym.

Kiedy kładzie swoje dzieci spać, ma przed oczami te przytulające się do mamy w krzakach w środku lasu, próbujące choć trochę się ogrzać.

Uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej. Czym się różni Lesbos od Hajnówki?

Kilka dni temu Karol Grygoruk szedł z aktywistami w nocy przez całkowicie ciemny las. Nie mogli włączać latarek, żeby nie narażać uchodźców, których poszukiwali. - Spotkaliśmy przemoczonych i przerażonych ludzi - opowiada. Zrobił jedno zdjęcie, na którym widać porzucone torby z ubraniami i śpiworami. - Nie możemy za wiele zrobić. Ja dokumentuję, inni mogą przynieść uchodźcom suche ubrania, zupę, działają zespoły prawne. Zostawianie ludzi w lesie jest frustrujące i obciążające psychicznie - mówi.

Jest fotografem, współzałożycielem agencji RATS. Dokumentował kryzysy migracyjne na większości unijnych granic, Wyspach Kanaryjskich, Lesbos czy Bałkanach. Od połowy sierpnia jeździ na Podlasie, najpierw pod Usnarz Górny, teraz w okolice obszaru, na którym obowiązuje stan wyjątkowy. - Im jestem tam dłużej, tym trudniej mi wyjechać. Znajomi, którzy wracają do Warszawy, opowiadają, że z każdym kilometrem czują się podlej, zostawiając ludzi w środku lasu, bez jedzenia, wody i ciepłych ubrań - mówi Grygoruk.

W miejscowościach przygranicznych spotyka ludzi z  Afganistanu, Iraku. Uważa, że skoro Polska angażowała się w działania zbrojne w tych krajach, powinna teraz pomóc uchodźcom. - To my ponosimy odpowiedzialność za destabilizację tych regionów - ocenia. Zauważył, że mieszkańcy Podlasia zostawiają w lasach garnki z ciepłym jedzeniem i wcale nie tak często dzwonią na policję, gdy widzą migrantów. - Może to dlatego, że tu od dawna obok siebie mieszkają katolicy, prawosławni i Tatarzy?  - zastanawia się.

Uważa, że raz otwarty szlak uchodźczy będzie działał przez wiele lat. Tak stało się na Bałkanach, którędy od 2014 roku ludzie przedostają się do Europy. - Nawet jeśli dojdzie do porozumienia między Polską a rządem Białorusi, nie zatrzymamy ludzi uciekających z krajów ogarniętych wojną, przemocą i głodem - mówi Grygoruk.

I dodaje: - Na granicy potrzebni są specjaliści, którzy mają doświadczenie pracy z migrantami: medycy, prawniczki. Niekoniecznie trzeba tam jechać. Można też pomóc, chodząc na demonstracje. A gdyby każdy z nas poświecił chwilę, by pogadać z najbliższą rodziną, moglibyśmy zmienić naprawdę wiele.

_________________

W niedzielę, 17 października o godz. 14 spod palmy na  rondzie de Gaulle’a wyruszy marsz solidarności z uchodźcami i uchodźczyniami pod hasłem „Stop torturom na granicy".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.