Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Siniaki przybrały już kolory tęczy. Samira, Sumaya i Mukhamad mają je w wielu miejscach: nad łopatką, na ramionach, za uszami, na twarzy. Niektóre zdążyły się wygoić, bo rodzeństwo ostatni raz widziało ojca kilkanaście dni temu. Dentysta z Aczchoj-Martanu, miejscowości w Czeczenii, niedawno ożenił się po raz szósty. I to z nim oraz z macochą zamieszkała trójka dzieci z małżeństwa z Aliną. – Takie jest prawo w Czeczenii: dzieci należą do ojca lub rodziny ojca. Nikogo nie obchodzi, jaki ten ojciec jest – mówi społeczniczka z Warszawy Marina Hulia, do której po pomoc zgłosiła się przebywająca w Polsce Czeczenka Alina.

Dzieci z polsko-białoruskiej granicy. Misterna akcja pomocy aktywistek z Warszawy

Wcześniej dzieci od ojca w Czeczenii zabrała mieszkająca tam babcia. – Nie mogła znieść, w jakich warunkach się wychowują, jakim torturom są poddawane – opowiada Marina Hulia. – Ukryła je w swoim domu, a stamtąd zawiozła do Brześcia w Białorusi przy granicy z Polską. Wynajęła pokoik na obrzeżach Brześcia i tam czekała wraz z dziećmi na pomoc. Ze względu na wiek nie miała siły starać się o przekroczenie granicy. Z kolei Alina nie może jej przekroczyć, bo stara się o ochronę międzynarodową w Polsce. A ja, mimo że jestem Białorusinką, obywatelstwo mam ukraińskie, więc też by mnie nie wpuszczono. W końcu swoją pomoc zaoferowała moja pomocniczka, Madina. Jej podróż sfinansowała Katarzyna Stuhr.

Madina jest Czeczenką, a więc obywatelką Rosji. – Obywatele Rosji mogą przekroczyć granicę z Białorusią, by udać się do swojego ojczystego kraju. Wydawało nam się więc, że Madina nie będzie miała problemów. Wzięła poświadczone notarialnie upoważnienie od matki, list od adwokata. Otrzymaliśmy też pomoc Rzecznika Praw Obywatelskich. Okazało się jednak, że granicę może przekroczyć w jedną stronę. Z powrotem może to zrobić dopiero po sześciu dobach spędzonych na terenie Rosji. Madina nie miała tyle czasu, musiała wracać do kraju. Zaplanowaliśmy kolejną podróż – wspomina Marina Hulia.

Konieczność wjazdu do Rosji wiązała się jednak z komplikacjami. – Madina ma kartę pobytu w Polsce, wydaną ze względu na to, że w jej ojczystym kraju, czyli Rosji, czyha na nią niebezpieczeństwo. Gdyby wjechała do Rosji, oznaczałoby to, że niebezpieczeństwa nie ma. Straciłaby więc prawo pobytu w Polsce. Pojechała więc drugi raz do Brześcia z tymi samymi dokumentami i przez sześć dni ukrywała się w wynajętym przez babcię dzieci pokoju. Nie wychodziła, by nikt jej nie wylegitymował – opowiada Marina Hulia.

Straż Graniczna na granicy polsko-białoruskiej: Niech pani ratuje dzieci

Fortel się udał. Strażnicy graniczni zgodzili się wypuścić ją z Białorusi do Polski. Ale wizy wciąż nie miały dzieci Aliny. Marina Hulia: – Madina pokazała im zdjęcia bitych dzieci. Pogranicznicy spojrzeli na nie i powiedzieli: "Niech pani jedzie, ratuje dzieci".

Tylko jak Madina miała jechać z trójką dzieci, nie mając nawet auta? – Pogranicznicy zatrzymali przekraczające granicę prywatne auto. Prowadzącej je kobiecie powiedzieli, że ma zabrać do Polski kobietę z dziećmi. Tak Madina dojechała do Terespola. Tu znów wszystko zależało od polskich strażników. To niewiarygodne, ale udało się. Zobaczyli drastyczne zdjęcia, pobrali odciski palców, wydali zielone paszporty. Pomogła dobra wola strażników, która nas zaskoczyła, i dokumenty, które Madina miała ze sobą – ocenia Marina Hulia.

Samira, Sumaya i Mukhamad mamę zobaczyli jeszcze w Terespolu. Dojechała do nich z Warszawy. – Wówczas Madina, ze względu na stan wyjątkowy, musiała opuścić Terespol w ciągu 20 minut. Nie miała już pod opieką dzieci, nie było więc żadnego uzasadnienia dla jej obecności na tym terenie – wspomina Marina Hulia.

Pielmieni w nowym domu

Alina wraz z dziećmi, po drodze z przystankiem na badania w ośrodku w Białej Podlaskiej, również wróciła do Warszawy. Wszyscy mieszkają w niewielkim mieszkaniu przy ul. Świętokrzyskiej, które wynajęła dla nich Marina Hulia i jej pomocnicy.

– Przebywa tam jeszcze druga rodzina, zrobiło się ciasno, więc robimy zbiórkę na wynajęcie nowego mieszkania, ze względu na koszty pewnie gdzieś pod Warszawą. Zbieramy też jedzenie i ubrania, bo dzieci opuściły Czeczenię tak, jak stały. Alina jest w trakcie procedury uzyskania ochrony międzynarodowej. Pracuje w przedszkolu Montessori. Jej dzieci zostaną włączone w procedurę, wówczas będą mogły pójść do szkoły, zaczną uczyć się polskiego. Ze strony ojca nic już im nie grozi, bo jemu nie uda się tak łatwo przekroczyć granicy z Unią Europejską – mówi Marina Hulia.

Dodaje: – Ten koszmar pewnie z Samirą, Sumayą i Mukhamadem zostanie, z czasem mogą pojawić się objawy zespołu stresu pourazowego. Najważniejsze jednak, że są już bezpieczni, z mamą, która na pierwszy posiłek w nowym domu ulepiła im mnóstwo pielmieni. A ulepione ukochanymi rękoma pielmieni to najlepszy lek.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.