Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Chcemy, żeby uczniów traktowali jak ludzi – mówią Sonia i Żenia. Cieszą się, że liceum mają za sobą i piszą maturę.

Najpierw była wewnętrzna matura z religii. Trzeba było obronić prace pisane na wybrane tematy i odpowiedzieć na pytania z katechizmu Kościoła Katolickiego. „Tegoroczny poziom matur był bardzo wysoki, czego dowodem jest 18 ocen celujących, 19 bardzo dobrych i jedynie trzy dobre” – czytamy na stronie szkoły.

Polonijne Liceum Ogólnokształcące Niepubliczne „Klasyk” na Targówku Fabrycznym. Szkoła inna od wszystkich. Nastolatki w liceum nie uczą się przecież od podstaw polskiego, a tu owszem. „Klasyk” jest dla młodzieży ze Wschodu. Swoje dzieci wysyłają tu m.in. mieszkańcy Rosji i Ukrainy, Białorusi i Kazachstanu, Mołdawii i innych krajów dawnego Związku Radzieckiego. Pierwszeństwo mają kandydaci z Kartą Polaka lub z udokumentowanym polskim pochodzeniem. W Polsce szukają szansy na lepszą przyszłość. Gdy w 2012 r. szkoła zaczynała działać, miała niespełna 50 uczniów. Teraz trzy razy więcej i nie musi się reklamować. Środowiska polonijne przekazują sobie informację o warszawskiej szansie. Liceum prowadzi fundacja Międzynarodowy Instytut Edukacji.

Wschodniak w polskiej szkole

Edukacja i pobyt ucznia w internacie to koszt ok. 2,4 tys. zł miesięcznie. Rodzice uczniów płacą 400 zł, niektórzy są zwolnieni z opłaty. Pomaga państwo: są pieniądze z subwencji oświatowej, są pieniądze od rządu. Fundacja ma umowę z Kancelarią Premiera na dofinansowanie. Są też datki z akcji „Adoptuj Wschodniaka”, często skromne, wpłacane m.in. przez seniorów.

Szkoła jest doceniana przez władze. Dwa wydarzenia: maj 2019 r., Dzień Flagi w Belwederze, prezydent Andrzej Duda wręcza dyrektorowi liceum flagę. Czerwiec 2020 r., Agata Duda rozmawia online z maturzystami. Na stronie szkoły na wspólnym zdjęciu dyrektor i para prezydencka, uczniowie w tle.

Polonijne Liceum Ogólnokształcące Niepubliczne 'Klasyk'Polonijne Liceum Ogólnokształcące Niepubliczne 'Klasyk' Fot.Adam Stępień/Agencja Gazeta

Prezesem fundacji prowadzącej internat i liceum oraz dyrektorem szkoły jest prof. Kazimierz Korab. Wiceprezesem fundacji jego syn Jan, dawny dziennikarz Telewizji Republika, od 2016 r. reporter „Wiadomości” TVP. Magazyn „Press” umieścił go na liście „propagandystów dobrej zmiany” w publicznej telewizji.

Założycielką i pierwszą dyrektorką liceum była Anna Urszula Korab, zmarła kilka lat temu żona Kazimierza Koraba. O uczniach mówiła tak: „Przyjechali, bo życie tu łatwiejsze (…). Po kilku miesiącach językowego i mentalnego kamieniołomu, mozołu w narzucaniu podstaw systematyczności, karczowaniu ściągania i wszelakiego kombinowania, budzi się coś, co autentycznie wzrusza, czasami do łez. Nikt tak jak oni nie recytuje Inwokacji, nikt tak jak oni nie rozumie poezji, nikt tak jak oni nie śpiewa, nie maluje, nie myśli głęboko i oryginalnie”.

– Rodzic z Kazachstanu sprzeda pół gospodarstwa, żeby tu się dziecko mogło uczyć, i nie ma żadnej kontroli, jak wygląda sytuacja. A dzieci nie mają wsparcia rodziny, która jest daleko na Wschodzie, nie zna często polskiego. Szkoła jest na dole, nad szkołą internat. Pełna kontrola nad uczniami. Ktoś dostał jedynkę, ma zakaz wychodzenia. Uczniowie mówią, że w więzieniu mieliby lepiej – opowiada nam osoba, która zna sytuację.

Niemal wszyscy uczniowie mieszkają w internacie, nieliczni żyją na co dzień poza nim, mieszkają z rodziną. Sonia mówi, że reżim jak u nich w kraju i pokazuje sfotografowany regulamin internatu. Na stronie internetowej ta zakładka akurat jest „w przebudowie”. Kilkanaście paragrafów. Obowiązki wychowanka, oprócz udziału w zajęciach lekcyjnych to m.in. uczestniczenie w realizacji zadań wynikających z katolickiego wychowania, przestrzeganie dobowego i tygodniowego porządku dnia, ciszy podczas nauki własnej i w porze nocnej, rzetelne pełnienie wyznaczonych dyżurów na terenie internatu i poza nim, uczestnictwo w doraźnych pracach na rzecz internatu i szkoły, podporządkowanie się poleceniom wychowawców, jedzenie posiłków w szkolnej stołówce, oszczędzanie prądu i wody, udostępnianie treści przechowywanych na urządzeniach elektronicznych lub nośnikach pamięci, poddawanie badaniom na obecność substancji zakazanych, obowiązkowe, codziennie wieczorne spotkanie grupy lub całej społeczności.

Wychowanek ma być posłuszny

Wychowawca „ze względów wychowawczych oraz zachowania zasad bhp i przeciwpożarowych jest upoważniony i zobowiązany do kontrolowania zawartości szaf, szafek, biurek, półek w pokojach oraz lodówek w aneksie kuchennym”.

– Nie miałam dnia bez dyżuru – opowiada Sonia o roku spędzonym w internacie. – Na zmywaku w stołówce, jak nie skończyłam przed lekcjami, zmywałam po lekcjach. Sprzątałam szkołę, bursę. Korytarze, toalety, klatkę schodową, nie tylko w pokoju. Raz na semestr generalne porządki. Są karne dyżury, raz dostałam taki, bo nie chciałam pływać na basenie. Za jedynkę albo niezdany sprawdzian nie można wyjść na miasto. Wychowawca sprawdza porządek, za trzy minusy też zakaz wyjścia.

Żenia opowiada o zabieraniu sprzętu. Telefony w szkole są zakazane, jak się ktoś zapomni, komórka idzie do depozytu. – Na trzy dni albo i na tydzień, wtedy nie ma kontaktu z rodziną – opowiada.

Mówią, że jak coś się zepsuło, trzeba płacić, choć nie wiadomo, czy np. szybę wybił uczeń, czy stłukła się przez niedopatrzenie. Opowiadają o składce np. z powodu zapchanej umywalki czy sedesu. – 5, 10 zł, różnie – opowiada Sonia. Szkoła na to, że uczniowie muszą płacić za zniszczone mienie, ale to „rzadkie przypadki”.

Nastolatki mówią też, że tęczowej flagi mieć nie wolno, że ktoś postawił na widoku figurkę Buddy i też było źle. Uczniowie, nawet dorośli, nie mogą zapalić papierosa, nie tylko na terenie szkoły, ale i poza nią. Zakazane są nie tylko odwiedziny między dziewczynami i chłopakami w pokojach bursy, ale i, jak mówi Sonia, „związki romantyczne”. O trzymaniu się za ręce mowy nie ma. Wygląd zewnętrzny też ściśle ustalony: zakazane tatuaże i dredy, ekstrawaganckie fryzury, paznokcie krótkie, lakier ewentualnie w naturalnym kolorze, kolczyk „delikatny” i oczywiście tylko w uchu.

Rodzice mówią „wytrzymaj, dasz radę”

Aleks skończył szkołę kilka lat temu. Do dziś pamięta konieczność udziału w marszu przeciwaborcyjnym i trzy obowiązkowe wyjścia na listopadowe marsze niepodległości. – Próbowano zrobić z nas na siłę takich Polaków, katolików, a było to robione w sposób bardzo niepedagogiczny – opowiada. – Dziecko przez kilkanaście lat słyszało u siebie, że jego dziadek z Armii Czerwonej to bohater, a teraz mówią mu nauczyciele, że to zbrodniarze. Nie tak się to robi. Nie rozumiałem tego, dopiero po latach w Polsce wiem, że to w moim kraju była straszna propaganda.

Rodzice? Po pierwsze są daleko. – A jak dzwoni dziecko ze łzami, mówią „wytrzymaj, dasz radę, dyscyplina musi być” – mówią Sonia i Żenia. Aleks dodaje. – W byłych republikach Związku Radzieckiego bardzo często w konfliktach między dziećmi i nauczycielami rodzice bardziej ufają nauczycielom niż dzieciom. A jakby się ktoś skarżył, dyrektor zawsze może powiedzieć „regulamin podpisywaliście, wiedzieliście, dokąd idzie dziecko”.

O tym samym mówi dyrektor szkoły Kazimierz Korab. Spotyka się z rodzicami nowych uczniów, podpisują odpowiednie dokumenty. Wiedzą o regulaminach, statucie szkoły, katolickim wychowaniu. W czasie koronawirusa na mszę według dyrektora chodzą chętni, kto chce do cerkwi, nie ma problemu. Z modlitw tylko Anioł Pański w południe i wieczorem krótka modlitwa, po której są komunikaty. Na marsze pro-life od trzech lat uczniowie nie chodzą. – Wydaje mi się, że sprawa dyscypliny to problem uczniów, a nie rodziców. Najprościej prowadzić taką luzacką szkołę. Sądzę, że nie przesadzamy, zbieramy pieniądze z różnych źródeł, żeby stworzyć uczniom maksymalnie dobre warunki do zdobycia wykształcenia. Rodzice nam troszeczkę pomagają. Są niektórzy, którzy mają postawę roszczeniową, na Wschodzie występuje to z opóźnieniem w stosunku do Polski. Nauka w naszej szkole to rodzaj stypendium, więc uczniowie muszą być zmotywowani. To nie jest czas wakacji. Jak w wojsku, jak w każdej instytucji trzeba pracować. Mamy program szanowania siebie nawzajem. Zdarzył się jeden nauczyciel, który nie okazał szacunku, natychmiast go zwolniłem – mówi dyr. Korab.

Praca na dyżurach? – Obowiązki te są opisane w statucie szkoły jako element wychowania – tłumaczy dyrektor. Opowiada, że kiedyś jeden z uczniów zadzwonił do mamy, że się go dyżurami upokarza. – Przyjechała mama prawniczka z Odessy, zaczęła krzyczeć, jak to przez sprzątanie upokarzamy dzieci. Mówię jej, że za dziesięć lat usłyszy od synowej, że syn to cudownie wychowany chłopak, potrafi pomóc w domu. Na to ta mama mówi mi, że w pełni popiera program. My przygotowujemy młodzież do życia w warunkach rodzinnych. Najprościej byłoby zatrudnić jakieś sługi do sprzątania po nich – słyszymy.

Według dyrektora praca to zaledwie 20 minut tygodniowo, porządki generalne w szkole to pestka, jakieś 12 sal na 150 uczniów. Pytam maturzystów, czy coś się zmieniło z dyżurami w ostatnim czasie, piszą, że nadal są codziennie, pracy dużo. – Oczywiście uczniowie żądają więcej wolności. Mówię im, że jeśli zgłaszają taki zarzut, że za dużo dyscypliny, to wolę, żeby zmienili szkołę. Ale nikt nie chce, nawet najsłabszy uczeń.  

Zrobią wszystko, żeby zostać. Czy szkoła i internat mają kogoś do sprzątania? Dowiadujemy się, że „wcześniej” była jedna osoba. Teraz zajmują się tym wychowawcy i kierownik internatu.

W odpowiedzi do Rzecznika Praw Obywatelskich, któremu poskarżył się jeden z uczniów, dyrektor pisze m.in., że skarga jest zaskoczeniem. „Nie twierdzimy, że wiemy wszystko o naszych uczniach. Nie wykluczamy, że na 150 uczniów naszej szkoły niektórzy mogą czuć się pokrzywdzeni”.

Imiona absolwentów na ich prośbę zostały zmienione.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.