Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Władimir, Ałła, Rinat (8 lat) i Timofej (rok i 7 miesięcy)

Soligorsk – Mokotów

Dłonie Ałły jeszcze nigdy tak nie drżały jak na początku grudnia, gdy milicjanci wparowali do ich domu. Przekopywali wszystko. Komórki, komputer, laptopy, nośniki elektroniczne – zabrali wszystko, nawet telefon Rinata. Szukali tego najważniejszego smartfona. Władimir zachował zimną krew. W środku kipiszu poruszył tylko w stronę żony bezdźwięcznie ustami: "N-a k-a-n-a-p-i-e”. Wyszła z pokoju, tuląc Timę na rękach, dzięki temu może trochę mniej drżały. Dyskretnie, powoli bujając chłopca, płakał przecież na widok tych mundurów, przeniosła się w pobliże kanapy, schyliła i ukradkiem  wcisnęła smartfon pod kocyk małego.

Gdyby go znaleźli, Władimir dostałby minimum osiem lat.

Władimir, Ałła, Rinat (8 lat) i Timofej (rok i 7 miesięcy). Wciąż boją się pokazywać twarzy. OMON ma ich komputery, może z łatwością sprokurować nowe zarzutyWładimir, Ałła, Rinat (8 lat) i Timofej (rok i 7 miesięcy). Wciąż boją się pokazywać twarzy. OMON ma ich komputery, może z łatwością sprokurować nowe zarzuty Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Jego przestępstwo to administrowanie soligorskimi kanałami bloga "Strana dla żyzni” (Państwo do życia, blog Siergieja Cichanouskiego, jednego z głównych kontrkandydatów Łukaszenki w wyścigu prezydenckim) na YouTubie i Telegramie. Kiedy w maju 2020 Cichanouski trafił do więzienia (siedzi tam do dziś), do polityki weszła jego żona Swiatłana. Władimir włączył się w jej kampanię wyborczą. Cały świat – oprócz Łukaszenki i Putina – uznał, że Swiatłana Cichanouska wygrała wybory.

To przeszukanie udało im się przetrwać. Ale miesiąc później, 30 grudnia, na By-Polu napisali, że siatka soligorskiej opozycji została rozpracowana. Władimir był górnikiem kopalni soli potasowej Biełaruśkalij. To jeden z największych zakładów przemysłowych w kraju, produkuje nawozy sztuczne i jest ważnym źródłem dewiz dla reżimu. Dlatego władze się wściekły, gdy kilka dni po wyborach górnicy zastrajkowali. Zaczęli polowanie na prowodyrów.

By-Pol to inicjatywa pracowników służb mundurowych zbuntowanych przeciwko reżimowi. Wrzucają tam czasami przecieki z obozu władzy. Ostrzegli Władimira, że przyjdą po niego już z zarzutami karnymi.

Całe dotychczasowe życie spakowali w dwie godziny. Mieli mnóstwo rzeczy zabrać samochodem, ale Łukaszenka zamknął granice lądowe pod pretekstem koronawirusa. Został samolot. Musieli zmieścić się w cztery walizki. Dwoje dorosłych i dwóch chłopców. W sylwestra wylądowali na Okęciu i zaczęli się zastanawiać, co dalej.

Mieli szczęście. Kilku kolegów Władimira z kopalni nie zdążyło wyjechać.

Nikita

Mińsk – Białołęka

Nikitę też ostrzegł "życzliwy”. Więcej nie powie, żeby mu nie szkodzić, służby czytają polskie gazety. Zadzwonił i powiedział, że przyszli do Nikity do domu już z papierami na sprawę karną: art. 293 kk "masowe bezpariadki”, czyli masowe zamieszki. Kara: do 15 lat kolonii karnej. On już od dawna sypiał i pracował poza domem. Od miesięcy angażował się w mińską opozycję. Roznosił ulotki, dostarczał podziemną prasę. Po wyborach chodził na demonstracje. – Najpierw się podśmiewaliśmy, gdy w dniu wyborów wyłączyli internet. Poszliśmy wieczorem pod lokal wyborczy zobaczyć wywieszone wyniki, ale tam zaczęli zgarniać ludzi. I już nie było nam do śmiechu – wspomina Nikita.

Jego nie złapali. – Ale znali mnie. Przecież mają lokalizacje telefonów, system rozpoznawania twarzy. Wiedzieli wszystko o każdym – opowiada.

Nikita uciekał z Białorusi pieszo. Zdążył zabrać jedną torbę, zostawił całą elektronikę, żeby go nie namierzyliNikita uciekał z Białorusi pieszo. Zdążył zabrać jedną torbę, zostawił całą elektronikę, żeby go nie namierzyli Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Gdy dzwonił "życzliwy", Nikita właśnie był w pracy na home offisie, ale siedział u znajomych. Napisał do współpracowników, że musi wziąć dłuższe wolne. Zamknął laptopa i zaszył się wsi daleko od Mińska. Wiedział, że i tu go znajdą. Po kilku dniach wziął torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami. Zostawił telefon, komputer i całą elektronikę, żeby go nie namierzyli. Ruszył do Polski przez Rosję, potem przez Ukrainę. Pieszo przez granicę, później czasem podjeżdżał marszrutkami. Odetchnął dopiero na przejściu w Rawa Ruska/Hrebenne.

Oksana, Karina (15), Artur (8) oraz Natalia, Nikita (11), Natan (8), Sofia (6)

Homel – Sadyba

Oksana wiedziała, że po nią przyjdą, bo zamknęli już Natalię, a je często zamykali w tym samym czasie. Dlatego im nie otworzyła. Poszli po drugi klucz do ochrony, a ona szybko włożyła swój w zamek od środka, tak żeby nie mogli otworzyć. Wyważanie drzwi trwało godzinę. Zdążyła wysłać co trzeba przez internet, a telefon wrzucić kotce do kojca. Akurat się okociła. Nie miała z kim zostawić Artura, więc zabrali go razem z nią. Przepis, że jedynego opiekuna dziecka nie można zatrzymać, już wtedy nie obowiązywał. Chłopiec spędził kilka godzin w komisariacie, zanim wydali go ojcu. Zadrżała jeszcze, gdy wychodząc, głośno dopytywał: – Mamo, co ja miałem tacie powiedzieć?

Miał powiedzieć, że smartfon jest u kociąt.

Natalię zamykali wiele razy. – Milicja na stałe nas śledziła. Jeden siedział non stop pod domem. Dzieci mu mówiły "dzień dobry". Pytał, gdzie idziemy, a my mu, że partyzanić. "Chodź z nami” zapraszaliśmy, ale nie chciał – śmieje się.

Oksana, Karina (15), Artur (8) oraz Natalia, Nikita (11), Natan (8), Sofia (6) w mieszkaniu na SadybieOksana, Karina (15), Artur (8) oraz Natalia, Nikita (11), Natan (8), Sofia (6) w mieszkaniu na Sadybie Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta

Partyzantami nazywają się ludzie, którzy przez kilka miesięcy po wyborach pokojowo burzyli wewnętrzny ład Republiki Białorusi, umieszczając w przestrzeni publicznej barwy zdelegalizowanej flagi: biało-czerwono-białe. Malowali je na murach, wiązali wstążki, tysiące wstążek, żeby rozplątywanie długo trwało, puszczali balony, wywieszali flagi.

Z Natalią poznały się "w partyzantce” i tak już trzymają się razem. W Warszawie też zamieszkały razem, one dwie i piątka dzieci w trzech pokojach na Sadybie. Pokazują zdjęcia: – To była nasza największa flaga, 9 na 4 metry. Wywiesiłyśmy ją wysoko na sosnach.

Gdy za zdjęcie z flagą wolnej Białorusi pod urzędem miasta Homel znowu je zatrzymali, zmieniły taktykę. Natalia uszyła Żduna – grubą postać z rosyjskich memów siedzącą z założonymi rękami, tylko dała mu twarz Łukaszenki. – Skoro my nie mogłyśmy być na zdjęciach z naszą flagą, to fotografowałyśmy w różnych miejscach Żduna – opowiadają. Zdjęcia leciały w świat: na Instagram, Telegram, YouTube.

Szybko się okazało, że na Białorusi za pluszaka też można trafić do aresztu. Tak na poważnie: z rozbieraniem do naga, rewizją osobistą, do celi dwa na dwa z parszywym żarciem i recydywistką do towarzystwa. Bo opozycjonistów nigdy nie zamykają razem.

Mundurowi w pierwszych miesiącach prowadzili jeszcze z nimi najstarszą milicyjną grę: w dobrego i złego milicjanta. Jeśli się przyznają, zdradzą siatkę powiązań, to odpuszczą. Ale do czego się przyznać?

A jak nie? Zabiorą dzieci. Władimir, Ałła, Jana, Oksana, Natalia, wszyscy rodzice wśród naszych rozmówców podkreślają, że to była groźba najstraszniejsza: odebranie dzieci i pozbawienie ich praw rodzicielskich. Nie tylko straszyli. Niezależne media donosiły, że już we wrześniu 6-letni Arciom, syn aktywistów Aleny Łazarczyk i Siergieja Mackojcia, został odwieziony do pogotowia opiekuńczego, gdy oni siedzieli. Władimir i Ałła opowiadają, jak ich znajomi poszli pod lokal wyborczy z dwójką dzieci. OMON zapakował dorosłych do suki, a kilkuletnie dzieci zostały same na ulicy na wiele godzin. Gotowy pretekst, żeby odebrać je rodzicom.

U moich rozmówców też to się zaczęło. Obserwacja w przedszkolu, nasyłanie opieki społecznej, wypytywanie sąsiadów.

Inna sprawa, że Oksana i Natalia nie ułatwiały. Natalię raz zawieźli z aresztu pod eskortą do domu, żeby się umyła i przebrała. Zamknęła się w pokoju i po chwili wyszła: cała na biało-czerwono-biało, tak gotowa wracać za kraty. – Po co ta prowokacja? – pytała potem sędzia. – A ja jej, że to przecież najmodniejsze kolory sezonu – opowiada Natalia. Nie pomagała też sobie przed sądem, konsekwentnie tytułując Łukaszenkę "byłym prezydentem”. Rozprawa trwała 15 minut. Sędzia i tak przyszła z gotowym wyrokiem.

Iwan, Anastasia

Homel – Łódź

13 sierpnia, cztery dni po sfałszowanych wyborach, Iwan, milicjant z Homla, miał wolne. Ale założył mundur, stanął na tle kremowej ściany w swoim mieszkaniu, włączył nagrywanie i zaczął mówić z zapałem:

"Koledzy! Powołano nas, żebyśmy bronili narodu białoruskiego. A okazaliśmy się narzędziem w rękach jednej osoby.

Koledzy! Wzywam was, nie podnoście broni przeciwko pokojowo nastawionym, bezbronnym obywatelom. Przysięgałem wierność Republice Białoruskiej i jej narodowi. Nie zwalniam się ze służby, ale nie zamierzam wykonywać rozkazów niezgodnych z prawem.

Koledzy! Apeluję, bądźcie z narodem”

I jeszcze na własną zgubę dodał:

"Cichanouska Swietłana Gieorgiejewna, Jest pani moim prezydentem. Czekam na rozkazy”.

I wrzucił to na YouTube'a.

 

Walenie do drzwi usłyszał po 20 minutach.

– Nagrałem to, bo nie ja jeden tak myślałem. Rozmawialiśmy z chłopakami z komendy, że to wszystko jest mocno nie tak, ale wszyscy bali się tak otwarcie wystąpić przeciwko rozkazom. Chciałem dać im impuls, myślałem, że pójdą za mną – opowiada.

Przyszli po niego koledzy z jednostki. Nie poprzeć, ale zatrzymać. Nie otworzył, bo wiedział, że z aresztu już nie wyjdzie. To jednak koledzy, więc dogadał się przez drzwi, że odda odznakę, ale rzuci im ją przez balkon. Pojechali do jednostki naradzić się z dowódcami co dalej, dwóch zostawili na straży w samochodzie pod domem.

Ci chyba zasnęli, więc Iwan wykorzystał moment. Wrzucili do walizki, co mieli z Anastazją pod ręką, i zdołali się wymknąć do swojego auta. Uciekali trasą jak wielu: przez Rosję i Ukrainę. – Przez tydzień spaliśmy w samochodzie, żeby nigdzie się nie meldować. Karty SIM zmieniałem co dwa dni - wspomina.

Potem dowiedział się, że ekipa do sforsowania drzwi była zamówiona na następny dzień, na szóstą rano. Dowódcy rozważali dla niego nawet zarzut zdrady państwa z karą 25 lat więzienia.

Jana, Timur (8 lat)

Grodno – Wola

Jana jeszcze rok temu nie interesowała się polityką. Na wybory nie chodziła, to nie dla niej. Ale jak zaczęli zamykać niezależnych kandydatów w więzieniach, to ją ruszyło. Najpierw w maju Siergieja Cichanouskiego, niecałe trzy tygodnie później Wiktara Babarykę. Zaangażowała się. – 99 procent moich znajomych głosowało na Cichanouską. I znajomi znajomych też. Dlatego wyniki podane przez władze były takim szokiem – opowiada.

Zaczęła chodzić na protesty.

Tego wrześniowego dnia stała w pierwszym rzędzie. Najpierw przejechał cywilny samochód z kamerami, wszystkich nagrywali z bliska. A potem busy, z których wyskoczyli siłowicy po cywilnemu. Na chybił trafił wyłapywali ludzi i wciągali do więźniarki. Na demonstracji było mnóstwo kobiet, bo wcześniej kobiet nie brali. – Więc mieliśmy taką taktykę, że jak łapią dziewczynę, to wszyscy strasznie piszczą i krzyczą, żeby ich wytrącić z równowagi. A teraz drobnej dziewczynie wykręcili ręce, powalili na ziemię, nogą przycisnęli twarz do asfaltu i ciągną do samochodu. Krzyczymy, piszczymy, a oni nic – opowiada Jana.

Nie wytrzymała. Podbiegła i ściągnęła tajniakowi kominiarkę z głowy. – To było spontaniczne, nie planowałam tego. A potem błyskawiczna analiza: Mam czerwony, charakterystyczny sweter, nagrywali nasze twarze, a dziewczynie w Mińsku za to samo postawili zarzut ataku na milicjanta. Rzuciła się pędem do auta zaparkowanego kilka podwórek dalej. Sama wychowuje Timura, jak ją zamkną, to jej go zabiorą.

Z synem zaszyła się u przyjaciół. Zapytała jeszcze znajomego, emerytowanego milicjanta, czy mogą do niej dotrzeć. Odpowiedział, że i w 2010 roku by mogli. Rano sąsiedzi przysłali zdjęcie wyłamanych drzwi do jej mieszkania. Przyszli po nią w nocy.

Z Grodna blisko do Polski, wszyscy młodzi mają tu wizy turystyczne, bo na zakupy jeżdżą do Białegostoku. Tak jak stała, wzięła Timura i ruszyła marszrutką na granicę. Na białoruskich rogatkach jeszcze panikowała. – Strażniczka pytała, jak w gości jadę, skoro polska granica zamknięta? Ale chyba wiedziała, o co chodzi. Puściła mnie - mówi. - A Polacy już się nami zajęli. Spisali dokumenty, zawieźli do hostelu, we wszystkim pomogli.

Mobilizacja Białorusinów

Do Polski dociera właśnie nowa fala uchodźców politycznych z Białorusi. To nie tylko doświadczeni działacze, ale ludzie, którzy spontanicznie przyłączali się do protestów. Opowiadają, że przez pierwsze tygodnie po sierpniowych sfałszowanych wyborach władza i milicja jeszcze próbowały zachować pozory praworządności. Reżim zacisnął pięść dopiero na jesieni.

– Najpierw rozmawiali z nami dzielnicowi, zwykli milicjanci. W grudniu już KGB. Pięć godzin mnie maglowali, błagałam, żeby już przestali i mnie po prostu zamknęli – mówi Oksana. Natalii podczas jednego z ostatnich zatrzymań zabrali nie tylko telefon, ale też oszczędności. – A jakaś bumaga? – pytała o pokwitowanie. – Bumaga to w toalecie – usłyszała.

Dlatego uciekają. Młodzi, wykształceni, dobrze sytuowani. Zostawiają wygodne życie, domy, mieszkania, samochody, przyjaciół, pracę.

Pomoc organizują żyjący u nas od lat Białorusini. Jak Sasza – w Polsce od 18 lat. Ma obywatelstwo, męża, dwójkę dzieci. – Kontaktów z diasporą nie utrzymywałam, bo nie czułam potrzeby. Ale kilka nocy po wyborach nie mogłam spać, po prostu płakałam – opowiada. Zaczęła szukać kontaktu, trafiła do fundacji Humanosh pomagającej uchodźcom, wcześniej z Tybetu, teraz z Białorusi.

Takich jak ona było więcej. Szybko podzielili się zadaniami. Na Facebooku mają grupy-departamenty: prawny, zaopatrzenia, edukacji, pracy. Ogłoszenie: Władimir, potrzeba: mieszkanie, ciepłe ubrania, kurs języka, szkoła dla dzieci, potem praca. I każdy już wie, co ma robić. Wcześniej weryfikują potrzebujących, czy naprawdę narazili się reżimowi.

Sasza jest w departamencie edukacji, pomogła zapisać do szkoły już wiele dzieci, w tym Rinata do zerówki na Mokotowie. Rozmawiamy w mieszkaniu z widokiem na stację metra Wilanowska. – Przez pierwszy tydzień baliśmy się wychodzić z domu. Wydawało mi się, że każdy na ulicy to tajniak z OMON-u. Teraz powoli się uczymy życia tutaj, co to PESEL, co to Librus – opowiada Ałła.

Wszyscy doskonale wiedzą, co to Taborowa. Przy tej ulicy w Warszawie, pod numerem 33, mieści się Urząd ds. Cudzoziemców. Tutaj rozpatrywane są ich wnioski o ochronę międzynarodową.

Przed sierpniowymi wyborami o schronienie w Polsce ze względów politycznych ubiegało się około 40 obywateli Białorusi rocznie. W 2020 roku do końca lipca wnioski złożyło 30. Od początku sierpnia do końca roku już 375 osób. W sumie w 2020 r. Polska przyjęła 405 obywateli Białorusi ubiegających się ochronę międzynarodową, przy czym mniej więcej połowa z nich złożyła wniosek na granicy zewnętrznej (najwięcej Biała Podlaska, Kuźnica, Terespol), pozostali – wewnątrz kraju, głównie w Warszawie. Wcześniej strona polska przychylała się do 27 proc. wniosków. W 2020 roku wydano 131 decyzji, wszystkie pozytywne.

Ci, którzy decyzji jeszcze nie mają, nie mogą się na nią doczekać, żeby pójść do pracy. – Nie muszę być górnikiem, umiem mnóstwo rzeczy – zapewnia Władimir.

Iwan Komasa na kurs polskiego chodzi od pierwszego dnia w Polsce. Razem z żoną przeszli szkolenie IT, oboje już pracują.

Tego nie da się żałować

Czy żałują?

Nikita: – Ścigają mnie jak chuligana, a ja nikomu w mordę nie dałem. Może tego tylko żałuję.

– Ja żałuję, że mój apel puściłem tak późno. Łukaszenkę trzeba było docisnąć w pierwszych dniach. Jak biegał z tym kałachem po placu, on naprawdę był wtedy przerażony – mówi Iwan. - Z mojej jednostki zwolniło się 20 procent kolegów. Ci, którzy zostali, mają więcej roboty. Bo do zwykłych spraw kryminalnych doszło im cięcie tych biało-czerwonych wstążeczek na ulicach.

Natalia w trakcie naszej rozmowy dostaje wiadomość, że Białoruś właśnie cofnęła jej dodatek finansowy na adoptowaną córkę Sofię: – Wnuki nas kiedyś zapytają, co robiłyśmy w tych dniach. Pokażemy im album ze zdjęciami z naszej partyzantki.

Oksana: – Tego uczucia nigdy nie będę żałować: gdy idziesz, wołasz hasło, a tysiące ludzi za tobą skandują: "Wierim, możam, pieramożam!” („Wierzymy, możemy, zwyciężymy!”).

Nowy żdun z gębą Łukaszenki, większy niż ten, który został w Białorusi, siedzi na półce w mieszkaniu w bloku na Sadybie.

Jeszcze się przyda.

____________

Dziękuję Aleksandrze Zielińskiej, wolontariuszce fundacji Humanosh, za pomoc w tłumaczeniu i dotarciu do bohaterów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.