Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Zaczęło się, kiedy premier ogłosił, że zamykają szkoły - mówi Aleksandra Langowska, właścicielka salonu kosmetycznego przy ulicy Kruczej. - Nie wszystkie klientki zrezygnowały od razu, ale jak na następny dzień było zapisane 10 osób, to przyszły trzy – dopowiada jej asystentka Beata.

Ruch? Blisko zera

Salon Aleksandry to mikroprzedsiębiorstwo. Wszyscy pracownicy to ona i Beata. W tym samym lokalu przy ul. Kruczej jej znajoma – Agnieszka – prowadzi wraz z mężem salon fryzjerski. Ruch w dobie koronawirusa? Taki jak u kosmetyczki, czyli bliski zera. Sporadycznie stałe klientki dzwonią zapytać, czy salon działa, ale wiadomo, że jak mówi się, żeby nie wychodzić, to ludzie siedzą w domach.

- To nie jest przecież tak, że dopiero teraz zaczęłyśmy przestrzegać zasad dezynfekcji! Narzędzia są jednorazowe, a ja pracuję w masce z filtrem, więc jeśli klientka jest zdrowa, to bez obaw może przyjść - opowiada Aleksandra.

Rozmawiamy w środę 25 marca. Od początku miesiąca przychody salonu wynoszą 2370 zł. Natomiast tzw. koszty ogólne związane z działalnością to około 10 tys. zł. To pensja dla pracownicy, podnajem lokalu, zakup materiałów. Kosmetyczka szacuje, że przez niecałe dwa tygodnie epidemii (wpierw stanu zagrożenia epidemicznego) straciła co najmniej 8 tys. zł. Nie licząc planowanego, a nieuzyskanego w tych okolicznościach zysku ze specjalistycznych szkoleń, których w tym miesiącu miała udzielić dwóm innym kosmetyczkom.

Beata ma dwójkę dzieci, Aleksandra jeszcze dzieci nie ma. Prowadzę salon cztery lata, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby pracy w ogóle nie było - opowiada. 

A co jeśli Polska nie upora się z koronawirusem w ciągu najbliższych tygodni? Aleksandra upatruje nadziei w Wielkanocy: - Świąt nikt przecież nie przeniesie, a wiadomo, że kobiety będą chciały wtedy pięknie wyglądać - ma nadzieję.

Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta

Nie ma planu B 

- Miesiąc jesteśmy w stanie przetrwać. Ale czy dłużej? - pyta samą siebie Małgorzata Dworak, która z mężem Dariuszem prowadzi gabinet stomatologiczny Estedent przy alei Komisji Edukacji Narodowej. 

Gabinet zamknęli 13 marca. Pracuje w nim na co dzień około 20 osób, z których pięć - asystentki i recepcjonistka - jest zatrudnionych na etatach. Lekarze dentyści, chirurg szczękowo-twarzowy i technicy, to współpracownicy, którzy usługi świadczyli również w innych gabinetach. W tym momencie nie świadczą ich już nigdzie.

- Koszt samego ZUS-u dla pracownic na etacie wynosi prawie 7 tys zł. Drugie tyle to raty za sprzęt medyczny. Do tego dochodzą koszty pensji, mediów, wynajmu lokalu. Docierają do nas informacje, że niektórzy stomatolodzy już redukują personel, aby obniżyć wysokość swoich zobowiązań - mówi Małgorzata Dworak i dodaje: - Od dwóch tygodni do gabinetu nie wpłynęła żadna złotówka.

Czy w dobie koronawirusa Estedent zapłaci pracownikom? Za marzec tak, chociaż wypłaty będą pochodzić z prywatnych oszczędności właścicieli. Oboje mają jednak nadzieję, że rząd wprowadzi konkretne, systemowe rozwiązania, które ułatwią utrzymanie miejsc pracy w małych firmach.

- Wiemy, że nasi pracownicy też są w trudnej sytuacji. Też mają swoje kredyty, czynsze za mieszkania. Zabezpieczenie wynagrodzeń to ich “być albo nie być”

 - przyznaje Dariusz, mąż dr Dworak, który w gabinecie zajmuje się sprawami administracyjnymi.

Czy Dworakowie mają plan B na wypadek, gdyby gabinet trzeba było zamknąć? Z odpowiedzi wynika, że nie: - Gabinet prowadzimy od 1992 roku, zainwestowaliśmy w wyposażenie, szkolenia, kształcenie swojej kadry. Do tej pory jak zwiększały się koszty i zobowiązania, wiedzieliśmy, że trzeba więcej pracować, zatrudnić nową osobę lub dokupić nowszy sprzęt. A teraz jakakolwiek inwestycja byłaby jak gwóźdź do trumny! – stwierdza Małgorzata Dworak.

Małżeństwo ma nadzieję, że rząd wprowadzi ustawę, która pomoże im utrzymać pracowników poprzez zwolnienia ze składek ZUS-u i partycypowanie w wynagrodzeniach. Za radą prawnika będą się też starać o renegocjację umów z bankami. Ma im to umożliwiać artykuł Kodeksu cywilnego, w którym mowa o “nadzwyczajnej zmianie stosunków społecznych”. - Obawiamy się jednak, że bez pomocy ze strony państwa, jako mali i mikroprzedsiębiorcy jesteśmy na przegranej pozycji – dodaje Dariusz Dworak.

Oboje boją się też, że w ich branży zastój może trwać dłużej niż pandemia: 

- Gdy ludzie znów wrócą do pracy, zaczną zarabiać, to w pierwszej kolejności będą spłacać swoje zaległości. I na pewno stomatologia estetyczna nie będzie pierwszą potrzebą, jaką postanowią zrealizować - obawia się Małgorzata Dworak i dodaje: - Oprócz pracowników, których zatrudniamy, to takie gabinety jak nasz utrzymują techników i całe ich pracownie. To my im dajemy możliwość zarabiania pieniędzy. Z nas żyją również hurtownie, które nas zaopatrują i ich pracownicy. Cała branża to system naczyń połączonych. Jeśli teraz rząd nie doceni wagi problemów, gdy tylko sytuacja się unormuje, grozi nam kolejna fala emigracji i utrata młodej, dobrze wyszkolonej kadry.

Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta

100 tysięcy ulotek w magazynie 

Robert Składowski prowadzi drukarnię cyfrową na Okęciu. W obecne miejsce przeniósł się w 2006 roku. Razem z nim firma liczyła wówczas trzech pracowników, ale od tamtej pory biznes ruszył z kopyta, a początkowo niewielki, parterowy budynek powiększył się o piętro. U góry powstały biura, a na dole została produkcja - Gdyby odwiedził mnie pan trzy tygodnie temu, to byłby tu taki harmider, że nie moglibyśmy rozmawiać - stwierdza Składowski, stojąc obok ploteru do bannerów.

Teraz, pięć dni po tym, jak w Polsce ogłoszono stan epidemii koronawirusa, w pomieszczeniach produkcyjnych jest pusto. W magazynowym zalegają paczki z plakatami, których w warunkach epidemii nikt nie będzie rozwieszać i ulotkami, których nikt nie będzie rozdawać. Tych ostatnich zalega w paczkach aż 100 tysięcy!

Dzień po tym, jak premier Mateusz Morawiecki ogłosił zamknięcie szkół, zlecenia wycofali wszyscy klienci. Łączna wartość zleceń wynosiła ponad 200 tys. zł. To prawie tyle, ile średnie miesięczne obroty firmy (250 tys. zł). Niedługo trzeba wypłacić pracownikom pensje, opłacić ZUS, zapłacić za media, leasingi i raty kredytów. 

Ilu pracowników Skłodowski zatrudnia w drukarni? - Łącznie 14 osób - odpowiada. Wszystkich pracowników potrafi wymienić z imienia. Wie też, że wielu z nich martwi się o przyszłość firmy w dobie koronawirusa. 

- Jedna z pań, która pracuje u mnie 15 lat, spytała mnie ostatnio, co będzie dalej – przyznaje. 

- I co pan odpowiedział?

- Prawdę. Że nie wiem. Bo największym dramatem nas, przedsiębiorców, jest fakt, że nikt nie wie, kiedy to się skończy.

Składowski, oprócz tego, że prowadzi biznes, od pięciu lat jest prezesem Ogólnopolskiej Federacji Przedsiębiorców i Pracodawców. Codziennie odbiera po kilkanaście telefonów od innych przedsiębiorców, którzy też nie wiedzą, co dalej. Często dużo “większych” niż on sam. - Bez względu na wielkość firmy, bez względu na obroty i liczbę zatrudnionych pracowników wszyscy przedsiębiorcy mają te same obawy. Może to zabrzmi brutalnie, ale uważam, że koronawirus odsłonił słabość naszej gospodarki. Że nie jesteśmy żadnymi “tygrysami Europy”. Może są firmy, które potrafią zgromadzić kapitał na zapas, ale większość żyje z miesiąca na miesiąc. Jak przeciętny “Kowalski”.

- Czy jest jakaś data graniczna, do której pańska firma da radę funkcjonować, jeśli epidemia się nie skończy? - pytam.

- 10 kwietnia. Wtedy muszę wypłacić pensje – odpowiada przedsiębiorca i dodaje: - Nikt nie zna jutra. Najgorsze w sytuacji małych przedsiębiorstw jest to, że nie wiemy, jak długo ta sytuacja potrwa, jakie finalnie będą propozycje rządu, kogo obejmą, czy tylko mikrofirmy, czy wszystkich? I czy tzw. tarczy antykryzysowej wystarczy na wszystkie bolączki przedsiębiorców.

Fot. Maciek Jaźwiecki

Akcja Gazety Wyborczej i Booksy.com

SOLIDARNI 2020. PRZEŚLIJ TROCHĘ WSPARCIA

Pandemia koronawirusa zagraża przedsiębiorcom, których działalność polega na bezpośrednich kontaktach z klientami. Zamkniętych zostało ok. 90 proc. salonów fryzjerskich i kosmetycznych. Obsługująca je platforma rezerwacyjna Booksy ruszyła z inicjatywą „Prześlij trochę wsparcia”. Gazeta Wyborcza i Wysokie Obcasy przyłączają się do niej z kampanią Solidarni 2020.

Wejdź do aplikacji Booksy i wpłać 20, 50 lub 100 zł jako wsparcie dla wybranego fryzjera, kosmetyczki, barberowi czy fizjoterapeucie. W podziękowaniu za okazaną pomoc otrzymasz kod na bezpłatną prenumeratę Wyborcza.pl i Wysokieobcasy.pl.

Bądźmy solidarni i razem przetrwajmy ten trudny czas.

Ocalmy 300 tys. miejsc pracy. Każdy może pomóc. Akcja Gazety Wyborczej i Booksy.Ocalmy 300 tys. miejsc pracy. Każdy może pomóc. Akcja Gazety Wyborczej i Booksy. Gazeta Wyborcza

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.