Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Oto, jak w praktyce wygląda obecnie kontakt ze służbami medycznymi i sanitarno-epidemiologicznymi w Warszawie. Moja siostra od tygodnia jest chora, objawy to: wysoka gorączka, kaszel suchy, bóle mięśniowe. Niestety, ale w ciągu ostatnich dwóch, trzech tygodni widywała się z osobą, która przebywała we Włoszech i wróciła stamtąd chora (objawy grypowe, zero kontroli na lotnisku ani we Włoszech, ani w Polsce).

Od czwartku próbujemy skontaktować się z lekarzem lub kimkolwiek, kto byłby w stanie pokierować nas gdziekolwiek, by zweryfikować, co robić dalej. W międzyczasie siostra była w pracy, jechała autobusem. Dopiero od piątku przebywa w domu.

Nikt nie oddzwonił

Kiedy piszę, że "próbujemy", mam na myśli wszystkie możliwe sposoby w dzień i w nocy: infolinia i numery szpitali – zajęte, nie odpowiadają lub nie ma takiego numeru. Numery powiatowej stacji sanitarno-epidemiologicznej (stacjonarne, kontakt w dni powszednie do 15) – zero sygnału. Infolinia NFZ – „ponad 50 połączeń przed nami, numer zostanie zapisany i oddzwonią do nas”. Od czwartku nikt nie oddzwonił.

W końcu udało umówić się rozmowę z lekarzem PZU Zdrowie. Rozmowa odbyła się w piątek 14.02 o godz. 2 w nocy. Pani zaleciła brać ACC i zrobić sobie wymaz oraz badanie krwi. Trochę strach, trochę czujemy się nieodpowiedzialnie, więc próbujemy dalej.

W sobotę, po całym dniu prób, o godz. 19 dodzwoniłam się do powiatowej stacji sanitarno-epidemiologicznej. Pani, kiedy usłyszała naszą historię, powiedziała, że sprawa jest niepokojąca i należy skontaktować się lekarzem w celu wykonania testu i dalszych kroków. Natomiast bez wskazań lekarza ona ma związane ręce w zakresie nadzoru w odniesieniu do mojej siostry, jej współpracowników i innych osób, z którymi miała kontakt.

Kiedy usłyszała, jak wyglądały nasze próby dodzwonienia się do szpitali czy na infolinię, powtarzała „O Boże, co pani mówi”. Nie miała świadomości, że nie ma już możliwości zgłoszenia się z takimi objawami do przychodni.

Ten system nie działa

Kolejny krok: udaje mi się znaleźć numer wewnętrzny do Szpitala MSWiA. I tu zaczyna się cały łańcuszek. Numer jest wewnętrzny, więc wiemy, że nic nie zdziałamy. Osoba, która odebrała telefon, przekierowuje nas na SOR. Pani z SOR-u mówi, że ona nie jest medykiem i w zasadzie to nie wie, co miałaby zrobić. Podaje inny numer, a tam słyszymy: „Proszę w poniedziałek skontaktować się ze swoim lekarzem”.

Pomijając fakt, że dopiero w poniedziałek, to nie jest też tak, że natychmiast skontaktujemy się z lekarzem. Wiemy z doświadczenia, że na taką telewizytę czy telekonsultację możemy czekać ponad 20 godz., jak ostatnim razem. Wobec tego siostra dzwoni na świąteczną pomoc medyczną. Tutaj również zostaje przekierowana do „lekarza w poniedziałek”.

I co teraz? Nie rozumiem, czy to jest opór ludzki, brak mocy przerobowych, czy brak koordynacji systemu, ale ten system po prostu nie działa.

Moja siostra zaczyna czuć się lepiej. Gorączka spadła, kaszel powoli ustaje. Ma 28 lat, więc to chyba nic dziwnego. Nie wiemy, czy ma koronawirusa, ale możliwe, że jednak tak. A osoby, z którymi się spotykała, jeździła komunikacją, mijała w sklepie, teraz mijają się z innymi osobami. Ciekawe, ile jest jeszcze takich osób jak ona.

Mieszkamy w Warszawie. Tutaj podobno sytuacja ze służbą zdrowia i tak nie jest najgorsza.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.