12 książek jest nominowanych do tegorocznej edycji Nagrody Literackiej m.st. Warszawy. Zwycięzców poznamy 9 czerwca podczas gali w Nowym Teatrze. Omawiamy trzy książki, które mają szansę zdobyć laur w kategorii proza.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Ucho Igielne” Wiesław Myśliwski Znak, Kraków

Książka eksperyment. Myśliwski, dwukrotny zdobywca Nike (1997 za „Widnokrąg”, 2007 za „Traktat o łuskaniu fasoli”), w „Uchu Igielnym” opowiada o tym, że „każde życie jest powtarzaniem życia po kimś” i że wbrew złudzeniom, które dorastając, nabywamy, pozbawieni jesteśmy jakiejkolwiek wyjątkowości. Głównym bohaterem siódmej i – jak zapowiedział jesienią ub.r. w wywiadzie dla „Książek. Magazynu do Czytania” – ostatniej powieści mistrz polskiej literatury uczynił historyka, któremu nakazał pojawić się w tekście w dwóch osobach. Raz narratorem jest żegnający się ze światem starzec, chwilę potem wkraczający dopiero w życie dorastający młodzieniec. Obu Myśliwski spotyka ze sobą już na początku, na schodach prowadzących do tytułowego Ucha Igielnego, dawnej furty dominikańskiej zbudowanej w murach obronnych Sandomierza. I znów, do czego swoich czytelników zdążył przyzwyczaić już w pierwszej książce (wydanym w 1967 r. „Nagim sadzie”), stawia pytania fundamentalne – tym razem o przyczynę i istotę konfliktu młodości ze starością. Daje na nie w powieści odpowiedź szczerą i przygnębiającą, która nie zadowoli żadnej ze stron. W tej walce nie ma wygranych i przegranych. Należy jednocześnie traktować „Ucho Igielne” jak tekst terapeutyczny, pozbawioną nadmiernej liczby słów i patetycznych fragmentów powieść, która może pomóc czytelnikowi oswoić się z tym, co – jeśli będzie mu to dane i być może uczyni go szczęśliwym – niechybnie go czeka. Ze starością, która upomni się o większość z nas. Jak pisze Myśliwski: „Wszystko jest na razie. Jesteśmy młodzi na razie, jesteśmy wolni na razie i w ogóle jesteśmy na razie”.

W „Uchu Igielnym” pisarz wiele miejsca poświęca też kwestii pamięci. Czym jest? Do czego nam służy? Dlaczego celowo ją zniekształcamy? Myśliwski jest tu bezwzględny i słusznie zauważa, że pamięć jest przede wszystkim narzędziem kreacji – wykorzystujemy ją, by opowiedzieć się sobie samemu i innym zgodnie z własnymi oczekiwaniami, wielokrotnie przeinaczając fakty, mieszając zdarzenia i rozmowy. Nieustannie się kreujemy, przepełnieni naiwną wiarą, że możemy zafałszować własne życie, zredukować je do pięknych, przynoszących nam chwałę momentów. Wszystko po to, by, gdy nagle przyjdzie nasz koniec, móc z satysfakcją powiedzieć sobie, że się sprawdziliśmy, że wykazaliśmy się człowieczeństwem. Skoro tak, to czemu tak często próbowaliśmy przez lata zagadywać własne sumienie?

I wreszcie jest „Ucho Igielne” opowieścią o naszym stosunku do przeszłości. Wyjątkowo mocno wybrzmiewać muszą w dzisiejszej Polsce zapisane przez Myśliwskiego na kartach powieści słowa o przepisywaniu na nowo i zawłaszczaniu przez rządzących historii, niekoniecznie tej bardzo odległej. Jedną z najważniejszych prawd umieszczonych przez pisarza w książce jest ta mówiąca, że historia jest „najbardziej wymagającym sprawdzianem charakterów”.

„Sonnenberg” Krzysztof Varga Czarne, Wołowiec

Na hasło „Krzysztof Varga” na myśl przychodzi kilka skojarzeń. Po pierwsze – barwne opowieści o Węgrzech, mamy wszakże do czynienia z autorem świetnej trylogii non-fiction o tym kraju („Gulasz z turula”, „Czardasz z mangalicą”, „Langosz w jurcie”). Po drugie – nieco złośliwe, inteligentne poczucie humoru, któremu wyraz daje w cotygodniowych kulturalnych felietonach w „Dużym Formacie”. I wreszcie po trzecie – wyjątkowo sprawne pióro, czego dowodem mogą być liczne nominacje i nagrody literackie, choćby trzykrotne znalezienie się w finale Nike i jedna Nike Czytelników.

„Sonnenberg”, najnowsza powieść Vargi, w żaden sposób z tym utrwalonym wizerunkiem nie walczy. To Varga i wszystkie „vargizmy” w najlepszym wydaniu.

Na pierwszy rzut oka mamy tu historię starą jak świat: ona, on i jeszcze jeden on, który może liczyć tylko na okruchy wspólnego życia. Tym trzecim jest András, mężczyzna w średnim wieku, badacz literatury austriackiej, wzdychający do Ágnes, żony nudziarza Zoltana. Ale te postaci – tak samo jak przyjaciele Andrása Attila i Zsolt czy wyrafinowany kobieciarz Laci – są jedynie pretekstem do piętrowych dygresji i snucia opowieści o nostalgii, przywiązaniu do miejsc dobrze nam znanych, a także przemijaniu.

Pełnoprawnym bohaterem tej powieści są oczywiście także Węgry, a w zasadzie Budapeszt. Ale tym razem Vardze pisało się o nich inaczej. „Pisząc tę powieść, zdusiłem w sobie Polaka. Czy też na czas pisania unieważniłem go w sobie, dając mówić wyłącznie Węgrowi” – tłumaczył w wywiadzie dla „Wyborczej”. „Prócz węgierskiego nazwiska noszę w sobie też węgierskie dziedzictwo. Idzie nie o krew czy duszę, ale o bagaż historyczny i kulturowy, o to, że osadzone są we mnie węgierska literatura, muzyka, nawet marsze wojskowe” – dodawał.

Wraz z Andrásem zwiedzamy rzadko odwiedzane części Budapesztu (krainę jego dzieciństwa – dzielnicę Zugló, targowisko, paskudną ul. Warszawską z zakładami fotograficznym i pogrzebowym), słuchamy jego opowieści o historii Węgier (wracają echa habsburskiego dziedzictwa, idei Wielkich Węgier, walki po stronie Hitlera czy choćby historycznych zwycięstw i porażek w piłkę nożną), smakujemy też węgierskich potraw. Jakimś cudem przy tym natłoku wątków udaje się Vardze utrzymać uwagę czytelnika i wciągnąć go w swoją opowieść. Sprawić, że zostaje z Andrásem do końca.

A koniec jest, można by rzec, optymistyczny, gdyż – że znów zacytuję autora – „András przestaje być larwą i wychodzi z kokonu”. Co musi się wydarzyć, by tak się stało, i jaką za to cenę zapłaci główny bohater, przekonajcie się państwo sami. A potem koniecznie jedźcie do Budapesztu.

„Krótka wymiana ognia” Zyta Rudzka W.A.B., Warszawa

Dobrą książkę można podobno poznać po pierwszym zdaniu. Ten test „Krótka wymiana ognia” przechodzi pozytywnie: „Tymczasem zrobiłam się stara i stoję na przystanku, głośno mówię do siebie: Czy tak trudno uwierzyć, że mamy nigdy nie było, czy to tak trudno?”. Od samego początku wiadomo więc, z czym czytelnicy będą mieć do czynienia – z rzadko obecną w polskiej literaturze postacią starej kobiety, opisem starości i szybko zbliżającej się śmierci czy może nawet demencji, z pracą z językiem, przeszłością i niepogodzeniem z losem.

Relacja córki z matką jest w tej powieści tylko jednym z wątków, chociaż tak naprawdę chyba chodzi o relację z wojną, a może z wsią, ojcowizną. Niesamowita w tej książce jest niejednoznaczność ukryta pod wielością wątków i słów, które jak zauważyła Justyna Sobolewska, służą głównej bohaterce do tego, by wydostać się z przeszłości. Zyta Rudzka opowiada też o mężczyznach „zawsze umorusanych sobą”, erotycznych fantazjach starszej kobiety czy po prostu o samotności: „Nikt na mnie nie patrzy. Nikt nie mówi. Nie słucha. Nikt nie dotyka. Nikomu się nie śnię”.

Główna bohaterka wyjechała do Warszawy, „bo życie jest gdzie indziej”, odniosła sukces, została poetką. Być może dlatego właśnie ta krótka powieść o Rucie jest niezwykle poetycka. Mimo że Ruta w swoich wierszach zawsze pielęgnowała zwykłość, nie pisała o miłości do narodu, zajmowała się codziennością. „Goniłam za tym, czego nie miałam, a co innym przychodziło bez trudu”. Wychodzi za mąż za Mateusza, „szybko, zachłannie, bez zastanowienia”, rodzi córkę Zuzannę, która zostaje pianistką. Koncertuje po całym świecie, ale w pewnym momencie znika, ucieka od matki, porzuca rodzinny dom.

Tuż obok toczy się opowieść matki Ruty, Niemki niemogącej zapomnieć o wojnie, ciągle próbującej rozliczyć się z przeszłością i ustrzec córkę przed popełnieniem błędów. O mężczyznach mówi: „Chopy to pijaki, brudasy. Wcześniej czy później zawsze bez pożytku większego, bez większego, a w końcu żadnego, córucho barbelucho”. Jednak najczęściej stara kobieta zwraca się ku głębokiej studni i z żalem, a może nawet strachem, wspomina czasy trwogi.

Powieść Zyty Rudzkiej czyta się długo, bo język nie pomaga rozwikłać zagadek życia głównej bohaterki. Nie wiadomo, co złego stało się jej rodzinie podczas wojny, dlaczego miała problem z wychowaniem jedynej córki, dlaczego nie miała dobrego kontaktu ze swoją matką, czy miała rodzeństwo i czy poezja pomagała jej odnaleźć jakiekolwiek odpowiedzi.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem