Pracownicy warszawskich korporacji niechętnie mówią o swojej pracy w nadgodzinach. Za to chętnie dzielą się anegdotami. O kolegach z pracy, którzy do domu wpadali tylko zmienić koszulę. O budzikach nastawionych na trzecią w nocy, „żeby mieć już coś zrobione przed robotą”. O rodzinach rozpadających się pod ciężarem pracy przez całą dobę. O menedżerach, którzy mając mniej niż 40 lat, nie przeżyli zawału. Wszystkie te historie rozgrywały się w biurowcach na Domaniewskiej, czyli w „Mordorze”, albo w okolicach ronda ONZ.

Pozostało 93% tekstu
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej