Poniedziałek. Marek wyciąga ostre koło. Zacina zimną mżawką, ale Bielany od Mokotowa dzieli szesnaście kilometrów, więc się rozgrzeje. Trochę mu mokro, lekki wmordewind i ślisko, bo po opadach jak zwykle umyli jezdnie, lecz błota ze ścieżek już nie uprzątnęli. Ale przestaje marudzić, gdy mija kilometr za kilometrem, skrzyżowanie za skrzyżowaniem, ledwo się toczącą, sinoburą od spalin rzekę smutnych / wściekłych / zobojętniałych kierowców w ich blachosmrodach.

Tylko kiedy po 30 minutach przypina rower pod biurem, zaklnie. Bo jak to jest, że po Berlinie i Budapeszcie jeździł cały dzień w deszczu i wystarczyło tylko przetrzeć łańcuch z wody, a kilkanaście kilometrów wilgotnych warszawskich ulic wystarczyło, żeby łańcuch wyglądał jak kotlet panierowany w bułce. Zawsze go bawi, kiedy u felietonistów dowodzących wyższości roweru nad samochodem czyta o czystym i bezobsługowym środku lokomocji. Zdrowie, dopamina, dobry humor, frajda, ekologia – wszystko zgoda. Ale jednak zimową porą przy samochodzie nie trzeba spędzać co drugi dzień wieczora z tuzinem odtłuszczaczy, smarów, ścierek, szczotek i wiaderek.

Pozostało 84% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.