Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przedwojenny adres: Chmielna 70. Dziś: ścisłe centrum Warszawy, sąsiedztwo Dworca Centralnego i Pałacu Kultury, parę minut od stacji metra. Plan zagospodarowania pozwala w tym miejscu zbudować 245-metrowy wieżowiec z biurami, mieszkaniami, hotelem. Byłby to najwyższy budynek w Polsce.

Przed wojną pod numerem 70 stała kamienica. W 1945 r. na mocy dekretu Bieruta przymusowo ją znacjonalizowano, tak samo jak wszystkie prywatne grunty w Warszawie. W 1948 r. zarząd miejski odnotował: "Na gruncie pomienionej nieruchomości znajdują się stosy gruzów", w latach 50. powstał tu plac otaczający Pałac Kultury.

Po 1996 r. rozpoczyna się zwracanie znacjonalizowanych gruntów. Chcą je odzyskać nie tylko dawni właściciele i ich spadkobiercy, z czasem dołączają do nich biznesmeni i adwokaci. Specjalizują się w skupowaniu roszczeń reprywatyzacyjnych i odzyskiwaniu działek oraz budynków. Interesują się też dawną Chmielną 70.

Kupcy roszczeń konkurują

W poszukiwanie spadkobierców praw do działki zaangażował się Maciej Marcinkowski. W ten sam sposób przejął też tereny na Powiślu i działkę przy samym pl. Zamkowym, gdzie postawił biurowiec.

Wynajęci prawnicy znaleźli rodzinę dawnych właścicieli, a Marcinkowski zapłacił za ich prawa do części kamienicy przy Chmielnej. Ale szczęśliwego dlań finału nie było. Wszystko z powodu konkurencji, czyli kancelarii Roberta Nowaczyka, który pracuje w duecie z Januszem Piecykiem.

Na swojej stronie Nowaczyk pisze: "Polska jako jedyny kraj w Europie Środkowo-Wschodniej do chwili obecnej nie przeprowadziła procesu naprawienia skutków bezprawnego przejęcia prywatnej własności, pomimo faktu, że prawo własności jest - obok prawa do życia - jednym z podstawowych praw obywateli oraz stanowi podstawę moralnego i prawnego ładu w demokratycznym państwie prawa". W zakładce "referencje" mecenas wymienia prestiżowe adresy, które odzyskał dla klientów: kamienice w alei Róż (ma tu swoje biuro), alei Przyjaciół, przy Pięknej, Poznańskiej, Lwowskiej.

Jesienią 2012 r. to mecenas Nowaczyk, a nie Maciej Marcinkowski, wychodzi z miejskiego Biura Gospodarki Nieruchomościami (BGN) z decyzją o zwrocie ponad 1,5 tys. m kw. przy pl. Defilad. Dlaczego? Bo Marcinkowski źle trafił. Zainwestował w roszczenia po warszawiance, która w czasie wojny swój udział w kamienicy przy Chmielnej sprzedała. Adwokat Nowaczyk miał więcej szczęścia, trafił na spadkobierców kupca z czasów wojny. I to m.in. dzięki ich roszczeniom zreprywatyzował działkę.

Teren wart nawet 160 mln zł

Dziś dawna Chmielna 70 nie należy do spadkobierców właścicieli sprzed 1945 r., ale do trzech osób, które tuż przed finałem reprywatyzacji odkupiły prawa do działki. W hipotece znajdujemy: współpracownika mec. Nowaczyka, siostrę mecenasa, która jest wysoką urzędniczką Ministerstwa Sprawiedliwości, oraz prezesa sądu dyscyplinarnego warszawskiej Rady Adwokackiej. Ten ostatni przyznaje, że współwłaściciele prowadzą rozmowy z "inwestorami zainteresowanymi terenem". Kiedy pytamy, czy chętnych jest wielu, zasłania się tajemnicą handlową.

Działka jest dziś o ponad 1 tys. m kw. większa od tego, co odzyskali, bo prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz podpisuje jesienią 2013 r. zgodę na bezprzetargowe przyłączenie siedmiu miejskich działek. Trzej właściciele Chmielnej 70 płacą miastu za nie 25 proc. ceny gruntu (prawie 6 mln zł), następnie co roku będą płacić 3 proc. wartości ziemi wycenionej na ponad 21 mln zł.

Fachowcy szacują, że zreprywatyzowany grunt i przyłączone do niego miejskie działki - dzięki zapisom umożliwiającym budowę wieżowca - są w sumie warte 120-160 mln zł.

Czego nie zauważyli urzędnicy

Wygląda jednak na to, że urzędnicy BGN coś przeoczyli: kupiec, który w czasie wojny nabył od warszawianki dwie trzecie kamienicy przy Chmielnej 70, był obcokrajowcem. I skarb państwa nie jest mu nic winien. Po wojnie "władza ludowa" zapłaciła już za nacjonalizację majątków odebranych obywatelom kilkunastu państw.

- Większościowy właściciel Chmielnej był obywatelem Danii. To Holger Martin - mówi Tomasz Podlejski, prezes Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które badało sprawę.

Dania dostała od rządu PRL 5,7 mln koron. Na tę właśnie umowę powołują się peerelowskie urzędy, gdy w latach 70. rodzina Duńczyka wraca do tematu Chmielnej. Ówczesne Ministerstwo Finansów pisze: "Zainteresowane osoby duńskie nie będą mogły w innym trybie dochodzić swoich roszczeń". I dalej: "Jeżeli więc we właściwym czasie nie wystąpiono z roszczeniem do rządu duńskiego o partycypowanie w globalnym odszkodowaniu, brak jest podstaw do zgłaszania z tego tytułu roszczeń do rządu polskiego".

Podobne argumenty podają dziś Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Finansów. W poprzedniej kadencji Sejmu poseł Ruchu Palikota Andrzej Rozenek pytał o konsekwencje międzynarodowych umów dotyczących reprywatyzacji. Mówi, że zrobił to po rozmowie z lokatorami praskiej kamienicy, którzy opowiedzieli mu, jak władze miasta zwracały kamienicę spłaconą po wojnie.

Reprywatyzacja w Warszawie. Ujawniamy nieznane wątki w głośnej sprawie zwrotu boiska przy ul. Foksal

W odpowiedzi Ministerstwa Finansów Rozenek przeczytał: "Umowy te w sposób ostateczny załatwiają sprawy roszczeń obywateli i osób prawnych państw trzecich względem Polski". I dalej: "Ewentualne zarzuty co do niewypłacenia odszkodowania na rzecz indywidualnych podmiotów nie mogą być kierowane przeciwko stronie polskiej, ponieważ to rządy obcych państw przejęły na siebie rozdział kwot odszkodowawczych. Strona polska zasadniczo nie miała wpływu ani na rodzaj wydawanych przez inne państwa decyzji w przedmiocie wypłat, ani też odmowy wypłat odszkodowania, jak też na wysokość przyznanych odszkodowań".

Te stanowiska ministerstw podważają zasadność zwrotu działki pod dawnym adresem Chmielna 70. Dlaczego więc miasto zwróciło grunt? Czy urzędnicy nie wiedzieli, że obywatele Danii zostali już spłaceni?

Zagubiona dokumentacja

Dyrektor BGN Marcin Bajko informuje, że umowy o odszkodowaniach między PRL a innymi krajami nie zostały ratyfikowane i prawidłowo opublikowane w Dzienniku Ustaw, więc nie stanowią prawa polskiego. Stanowiska rządu nie honoruje. - Przytoczone pismo jest po prostu odpowiedzią na interpelację poselską - pisze Bajko. I dalej: "Nie ma w polskim i międzynarodowym prawie żadnych domniemań, że każdy cudzoziemiec utracił majątek, jeżeli jego państwo podpisało układ. (...) W zasadzie wszystkie miały jedno dookreślenie - cudzoziemiec, aby był objęty układem, musiał nim być w dniu wywłaszczenia (np. wejścia w życie dekretu warszawskiego) oraz wejścia w życie układu".

- To, że mamy do czynienia z obywatelem Danii, zostało potwierdzone w dwóch aktach notarialnych, z których jeden, czyli umowa sprzedaży, musiał być w teczce Chmielnej w BGN. Bez tego dokumentu ratusz nie mógł przecież wiedzieć o istnieniu Holgera Martina, kupca kamienicy. Obywatelstwo duńskie potwierdził polski notariusz, który wylegitymował Martina w październiku 1942 r. podczas spisywania umowy - wyjaśnia Podlejski. - Poza tym ratusz miał jeszcze jedno źródło informacji - zaświadczenie hipoteczne, które potwierdza własność dwóch trzecich nieruchomości Holgera Martina.

Jest też drugi akt notarialny. - A tam wzmianka, że właściciel wylegitymował się duńskim dowodem osobistym wydanym w styczniu 1942 r. przez poselstwo duńskie w Berlinie - dodaje prezes SKO. - Dokument dostarczył nam jeden z mecenasów, który wybrał się do archiwum miasta stołecznego Warszawy w Otwocku, żeby sprawdzić wszystkie dokumenty związane z duńskim kupcem. Zajrzał też do księgi hipotecznej Chmielnej, gdzie także dostępny jest akt sprzedaży kamienicy panu Martinowi.

Pytamy o to w ratuszu. - W aktach nie ma o tym ani słowa, żadnego śladu po duńskim obywatelu - zapewnia odpowiedzialny za reprywatyzację wiceprezydent Jarosław Jóźwiak. To oznacza, że po odesłaniu dokumentów z SKO do BGN część teczki znikła.

Dyrektor Bajko przekonuje: "Faktyczne rozstrzygnięcia problemów prawnych [reprywatyzacji] odbywają się w decyzjach ministra finansów i wyrokach sądowych".

Ale tego przypadku sąd nie miał okazji zbadać. A Ministerstwo Finansów? BGN zapytał resort o sprawę Chmielnej 70. Resort odpisał, że dokumentów nie ma, ale zwrócił się o pomoc do MSZ. Na tym korespondencja się kończy, a ratusz zwraca nieruchomość.

Razem na Podhalu

Pod decyzją o zwrocie dawnej Chmielnej 70 podpisuje się ówczesny wicedyrektor Biura Gospodarowania Nieruchomościami Jakub Rudnicki. Zresztą jego podpis można znaleźć pod niemal wszystkimi zwrotami w Warszawie - dyrektor biura Marcin Bajko nie ma pełnomocnictw prezydent miasta do wydawania decyzji administracyjnych, dzięki czemu od lat nie musi składać oświadczeń majątkowych.

Rudnicki z adwokatem Nowaczykiem znają się nie tylko ze sprawy placu Defilad. W tym samym czasie, kiedy trwało postępowanie zwrotowe Chmielnej 70, obaj interesowali się Podhalem, a konkretnie Kościeliskiem. Od spadkobierców przedwojennego właściciela, warszawskiego generała, kupili zreprywatyzowany grunt wykrojony z części słynnego wojskowego domu wypoczynkowego Salamandra. W ostatnich latach "perła Kościeliska" mocno podupadła. Działkę Rudnickiego i Nowaczyka kupiła spółka z Zakopanego.

Mecenas Nowaczyk zapewnia, że innych wspólnych nieruchomości z b. wicedyrektorem BGN nie mają.

Jakub Rudnicki odszedł z urzędu w 2013 r., miesiąc po złożeniu ostatniego podpisu pod decyzjami w sprawie zwrotu dawnej Chmielnej 70. Kiedy był jeszcze wicedyrektorem BGN, jego rodzice kupili roszczenia reprywatyzacyjne do kamienicy na Mokotowie i podarowali je synowi. Rudnicki nieruchomość przejął kilka miesięcy po rezygnacji z samorządowej posady. Po odejściu z ratusza wziął się za lokatorów: dostali wypowiedzenie umów i podwyżki, do sądu trafiły pozwy o eksmisje.

Dziś Rudnicki prowadzi działalność prawniczą.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.