Socrealistycznym blichtrem w 1954 r. zachwycał się Leopold Tyrmand. Był to zachwyt krótki, bo wkrótce po otwarciu pałacu dla ludu kamienne schody były już popękane, stiuki podziurawione, obręcze odłupane. "Podłoga pokryta warstwą źle sprzątniętego błota, na marmurowych kolumnach przyklejony papier pakowy z informacją, że zakazane jest pluć na podłogę, zaś nakazane oddać płaszcze do szatni" - notował Tyrmand.

Tych czasów nie pamiętam, ale nigdy nie zapomnę aury Niespodzianki w latach 80. Ogromne socrealistyczne wnętrze o dwóch piętrach nie zachęcało do wejścia. Z zakamarków dochodził zapach ścierki. Na stolikach kwiatki w szklankach. No i smak, czy raczej bezsmak mocno przechodzonej wuzetki. Najgorszej, jaką jadłem w życiu.
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.