Tekst ukazał się w „Gazecie Stołecznej” 30.10.2009 r.

Piotr Machajski: Kiedyś jeździł pan niemal do każdego wypadku w Warszawie, w którym ginął człowiek.

Wojciech Pasieczny: Były lata, kiedy w ciągu roku jeździłem do 50-70 wypadków śmiertelnych. Próbowałem kiedyś zliczyć, ile już ofiar widziałem, ale nie potrafiłem.

Tysiąc?

– Może nie aż tyle. Ale 500, może nawet 700. Pamiętam śmiertelny wypadek, drugi po tym, gdy kilka dni wcześniej zostałem kierownikiem sekcji pogotowia wypadkowego.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej