– Wynajmuję mieszkanie w Marinie Mokotów. Na osiedlu jest jeziorko, w którym żyły żaby. Było ich zatrzęsienie. Wieczorami i nocą to był prawdziwy koncert. Z rozmów z sąsiadami wiem, że mieszkańcy, których okna wychodzą na zbiornik, wydzwaniali do administracji i skarżyli się na nocne rechotanie. Nagle, około dwóch tygodni temu, rechotanie ustało – opowiada nam mieszkanka. Prosi o anonimowość. Twierdzi, że sąsiedzi, z którymi spotyka się na spacerach z psami, ostrzegali ją, by nie pozwalała psu pić wody z jeziorka. – Usłyszałam, że do jeziorka dosypano jakieś chemikalia na żaby. Na początku nie wierzyłam, że można się posunąć do czegoś takiego, zwłaszcza że w jeziorku wciąż są ryby i kaczki.

Dryf martwej ropuchy

Mieszkanka kontynuuje: – W stawach rosną wodorosty. Co jakiś czas są wycinane. Kiedy ostatnio je usuwano, rechotania było coraz mniej. Kiedy robotnicy wycinali wodorosty z ostatniej części stawu, zapytałam jednego z nich: „Co się dzieje z żabami? Czy je zabijacie?”. Zakłopotany odpowiedział: „Trochę”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej