Andrzej Witowicz: – Siedzę w swoim mieszkaniu, słyszę klucz w drzwiach. Otwieram, dwaj mężczyźni. Jeden mówi: „Ja do siebie, kupiłem to mieszkanie, jestem właścicielem”. Pytam go, od kogo kupił. „Od Witowicza”. Zadzwonił do żony, przysłała mu skan aktu notarialnego. Czytam, rzeczywiście, kupił od Andrzeja Witowicza. Pytam go: „A widział mnie pan? Bo to ja jestem Andrzej Witowicz i mieszkania nie sprzedawałem”.

Dzwoni po policję, żeby odnotowali zdarzenie. – Widzę, że facet jest zmartwiony – dodaje. – Myślę sobie, ktoś go oszukał. Przecież to ja jestem prawdziwym właścicielem mieszkania.

Tomasz Kotowski: – Jestem w szoku. Boję się, żeby ktoś za moimi plecami nie sprzedał mojego domu, skoro można sprzedać kawalerkę w centrum Warszawy. To takie proste.

Jestem łatwą ofiarą

Mieszkanie to pokój z kuchnią w niedużej kamienicy przy Freta na Nowym Mieście. Trzy piętra, poddasze, dziesięć mieszkań, użytkowy parter. Portal sonarhome.pl podaje „szacowaną cenę transakcyjną” – niemal 11,6 tys. zł za metr kw. – O mieszkaniu dowiedziałem się od znajomego, który prowadzi skup nieruchomości. Zadzwonił do niego mężczyzna. Mówił, że miał umówionego kupca, który się wycofał, a potrzebuje pilnie pieniędzy. To była okazja, trafia mi się takich trochę w ciągu roku – opowiada Tomasz Kotowski.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej