Warszawa, Dworzec Gdański. Przystanek autobusów dalekobieżnych. Ciemno. Grupka kilkunastu osób kłębi się na paru metrach kwadratowych chodnika, tuż przy krawężniku. Każdy z czekających celuje w miejsce, gdzie otworzą się drzwi podjeżdżającego autobusu. Ludzie dokładnie wiedzą, gdzie stanąć. Miejsce wskazuje im wydeptane przez lata duże zagłębienie w betonowej nawierzchni. Latem dziura w chodniku nie ma znaczenia. Teraz w niecce zbiera się woda.

Autobus do Mrągowa miał przyjechać pół godziny temu. To dziś ostatni. Strategie na czekanie są trzy: od razu stajesz w kałuży, krążysz wokół wody albo stoisz pod dachem na przystanku. Tylko że pod dachem się nie opłaca, bo dla tych spod wiaty najczęściej nie wystarcza miejsc w busach.

– Jak zaraz nie przyjedzie, to nie zdążę do Pułtuska na przesiadkę do domu – utyskuje zziębnięta studentka. – Ja już nóg nie czuję! – kwili wiszące u rękawa młodej mamy dziecko.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej