Anna ma 32 lata, dziennikarka, dorabia w agencji reklamowej. Wychowała się we wsi pod Mińskiem Mazowieckim. Dziadek – kościelny, jego siostra – zakonnica, tata z wujkiem pomagali grabarzowi, chrzestny – ksiądz. Zresztą w rodzinie jest jeszcze jeden. – To była pobożność w ludowym stylu. Klepanie różańców, zdrowasiek – opowiada. – Czy mnie to raziło? Tak, choć był moment, że sama w tym uczestniczyłam.

Wspomina pielgrzymkę do Częstochowy, oazowe piosenki, które podśpiewuje do dziś. Ale też pierwszą jedynkę w swoim życiu – z religii – za oglądanie pod ławką „Bravo Girl”. I przymus chodzenia na niedzielną mszę. Matka Anny nie wyobrażała sobie, że „dzień święty” mógłby wyglądać inaczej. – Ludzie, którzy nie chodzili na mszę, byli u nas stygmatyzowani. Choćby świadkowie Jehowy – ich zawsze wytykano palcami – mówi.

Liceum było czasem jej „wewnętrznych migracji”. – Nie miałam odwagi, żeby się oderwać. Nie chciałam walczyć z mamą. Wolałam robić uniki, niż się konfrontować. Posłuszeństwo było we mnie tak bardzo wryte, że chyba musiałabym urodzić się na nowo, żeby nie chodzić wtedy do kościoła – dodaje.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej