Pracownicy warszawskich korporacji niechętnie mówią o swojej pracy w nadgodzinach. Za to chętnie dzielą się anegdotami. O kolegach z pracy, którzy do domu wpadali tylko zmienić koszulę. O budzikach nastawionych na trzecią w nocy, „żeby mieć już coś zrobione przed robotą”. O rodzinach rozpadających się pod ciężarem pracy przez całą dobę. O menedżerach, którzy mając mniej niż 40 lat, nie przeżyli zawału. Wszystkie te historie rozgrywały się w biurowcach na Domaniewskiej, czyli w „Mordorze”, albo w okolicach ronda ONZ.

I wszystkie były sprzed kilku lat.

Dzisiaj bezrobocie w Warszawie osiąga rekordowo niskie wyniki, w okolicach 2 proc. Publicyści ekonomiczni rozpisują się o rynku pracownika, a poszukiwanie równowagi między życiem prywatnym a pracą nie jest postrzegane jako fanaberia. Jednocześnie z badań Eurostatu wynika, że dłużej od polskich pracowników w Europie pracują tylko Grecy i Bułgarzy. Spotkaliśmy się z pracownikami warszawskich korporacji, żeby dowiedzieć się, jak naprawdę wygląda dziś praca w nadgodzinach.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej