W trudnej sztuce pisania natrafia się czasem – i nie mówię tu wyłącznie o profesjonalistach, ale też o zwykłych użytkownikach języka – na gatunki literackie szczególnie niewdzięczne, które sprawiają, że ma się ochotę miąć kolejne kartki, i rzucać je na ziemię jak aktorzy grający pisarzy w filmach klasy B, i to w czasach, kiedy pisano jeszcze na maszynie, a nie na komputerze. Oprócz laurek, życzeń świątecznych, listów gratulacyjnych należy do nich z pewnością szerszy gatunek, obejmujący nekrologi, mowy pogrzebowe, pośmiertne wspomnienia i gazetowe artykuły o zmarłych, zwane niewdzięcznie w żargonie „zimnymi nóżkami”. Postaci słynne, a w latach posunięte mają, jak wiadomo, „zimne nóżki” przygotowane już zawczasu, złożone w redakcjach i regularnie uzupełniane o kolejne wrzutki do dnia, kiedy tekst, wraz ze zgonem bohatera, uzyskuje swoją formę ostateczną.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej