Piotr Wesołowicz: Stocznia Szczecin miała podbijać Europę, a po kilku miesiącach okazała się niewypłacalna. Rozwiązałeś kontrakt. Czego nauczyła cię ta przygoda?

Bartosz Kurek: Żeby sprawdzać, co kryje się pod ładnym, kolorowym papierkiem.

Kiedy wiedziałeś, że to koniec?

– Po meczu z GKS Katowice [24.11, przegranym 1:3 – red.]. Wystarczająco długo czekaliśmy na poprawę sytuacji. I dopóki zła sytuacja finansowa klubu nie rzutowała na naszą pracę i jej warunki, jakoś w tym tkwiliśmy. Po porażce widziałem, że trzeba się pakować. Podjąłem męską decyzję, tak trzeba było. Nie mogłem się zatrzymać.

Jak dużo miałeś ofert?

– Dużo, nawet bardzo. Ciut mnie to zaskoczyło. Jest środek sezonu, kluby wydały już wszystkie pieniądze, trenerzy zbudowali zespoły. Myślałem, że będę miał kłopot ze znalezieniem pracy. Stół był pełen papierów. Zdecydowanie więcej ofert przyszło z zagranicy, z egzotycznych krajów. Ale klubów nie wymienię, nie lubię rozmawiać o nieudanym biznesie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej