Wychowałem się na Bródnie. Pierwsze boisko? Na podwórku przy Bolesławickiej i Rembielińskiej. Nie, nie było trawy, to las betonu. Za słupki robiły trzepak albo drzewa. Graliśmy w piłkę i rozrabialiśmy, jak to dzieciaki. Dowiedziałem się, co to ogień, scyzorykiem graliśmy w „państwa-miasta”.

Jeśli nikt nie grał pod blokiem, wsiadałem na rower i jechałem do parku Bródnowskiego. Tam zbierały się ekipy z okolicznych podwórek i osiedli. Nie było telefonów, więc jak chciałem zabrać ze sobą kolegę, to krzyczałem wniebogłosy pod jego oknem i czekałem, aż pojawi się w oknie. Jak mama dawała mu zgodę, jechaliśmy.

Byłem szczęściarzem, bo na boisko przynosiłem własną piłkę. Była pomarańczowa, można było grać nią na śniegu. Absolutny szpan. To był jeden z pierwszych prezentów, które dostałem od dziadka. Drugi, który pamiętam, to koszulka Legii z numerem 8. Nie było mnie w niej widać.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej