Wyrokowców, wykolejeńców, ludzi z nizin społecznych, którym nie idzie w życiu karta, próżno szukać na bilbordach w centrum miasta. Są zamiatani pod pierwszy lepszy dywan, bo nikt ich nie chce oglądać. Nikt, z wyjątkiem Pawła Sołtysa aka Pablopavo, który daje im głos w swoich piosenkach. A oni zyskują przy bliższym poznaniu. Nie budzą już grozy, tylko sympatię i współczucie, bo snują się po Warszawie, pchając przez sobą syzyfowy kamień.

Ćmy barowe i szwarccharaktery

Andrzej z najnowszej piosenki „Ochota” nie skończył studiów. Skończył odsiadkę, więc poszedł do roboty na budowę. Tam kawał betonu rozgniótł mu nogę, więc od teraz po Ochocie wozi się wózkiem inwalidzkim. Jeździ kupować szlugi na sztuki razem z permanentnie skacowanym kolegą Olkiem, który odstawia Andrzeja na piwo do Magdy, poczciwej dziewczyny z dzielnicy. Jak wygrają w totka, wyjadą nie wiadomo dokąd i będą lać do gardeł zagraniczne płyny procentowe.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej