Ambitny, utalentowany. A przede wszystkim pracowity. Kiedy nie wykorzystał kilku okazji, by strzelić gola, po meczu potrafił się popłakać. Kochał sport. Piłka nożna mu nie wystarczyła – po treningu biegł na zajęcia z lekkoatletyki. Na boisku piłkarskim grał jako „dziewiątka”, czyli napastnik. Kochał strzelać gole. Z lokalnego OKS Otwock trafił do Znicza Pruszków, bo chciał się rozwijać i więcej trenować. Biegał także imponująco.

– Graliśmy przeciw Otwockowi kilka razy i zawsze mieliśmy z nim sporo problemów. Wysoki i szybki. A poza boiskiem widać było, że to ułożony chłopak, szczęśliwy z powodu tego, co robi, i do tego lubiany w drużynie – wspomina trener jednej z warszawskich drużyn.

To szczęście przerwał wypadek, którego doznał w zeszły wtorek.

Karetka przyjechała po siedmiu godzinach

Sprawę jako pierwszy opisał Marek Wawrzynowski, dziennikarz portalu wp.pl, mieszkaniec Otwocka. Tego dnia Mateusz wstał o piątej, spieszył się do szkoły. Zjadł śniadanie, wziął szybki prysznic. Z domu wyszedł kwadrans przed szóstą. Ale do pociągu, którym jeździł do Pruszkowa, już nie wsiadł. Nie zdążył nawet wyjść z bloku.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej