Do tragedii doszło w najdroższym i najwyższym budynku mieszkalnym w Polsce. Zdaniem Veroniki można było jej uniknąć.

– Wystarczyło wezwać pogotowie. Tak jak prosiłam. Ale nikt tego nie zrobił.

Ostre zaburzenie

W 2007 r. biznesmen Oleg Zdanovych, znany na Ukrainie milioner, przyjechał do Doniecka obejrzeć konkurs piękności. Jedna z uczestniczek – szczupła brunetka z dużymi oczami – od razu wpadła mu w oko. – Zakochałem się. Chcę z tobą spędzić resztę życia – powiedział.

Ona też się zakochała. Miała 27 lat, była początkującą modelką. Oleg był 11 lat starszy. Handlował dziełami sztuki, doradzał przedsiębiorstwom, organizował wystawy. Zamieszkali w Doniecku, wzięli ślub.

– Był zajętym człowiekiem. Robił dużo interesów za wielkie pieniądze, często był zestresowany i spięty, napięcie rozładowywał alkoholem – wspomina kobieta.

Był 2013 r. Veronika wyjechała na kilka dni do rodziny w mieście Chmielnicki. Odebrała telefon. Sąsiad z Doniecka powiedział, że Oleg biega nago po ulicy i wymachuje drewnianym krucyfiksem. Wyzywa Putina, Trójcę Świętą i ukraińskich polityków. Przyjechała karetka, zawieźli go do szpitala.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej