Osiem lat temu słowa „ruchy miejskie” właściwie nie istniały w społecznej świadomości warszawiaków. Pierwsze stowarzyszenia mieszkańców, jak np. Ochocianie, przebiły się do rad dzielnic i z opozycji, nieco partyzancko, nagłaśniały sprawy ważne dla mieszkańców. Cztery lata później sytuacja była już inna. Lokalne stowarzyszenia stworzyły Kongres Ruchów Miejskich – ogólnopolską platformę do wymiany doświadczeń – a idea oddania lokalnej władzy w ręce aktywistów wydawała się kusząca. Trend ten zauważyła też prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, która do swojego otoczenia w ratuszu zaczęła dopuszczać młode osoby bez doświadczenia partyjnego, za to z zaufaniem społecznym wywalczonym dzięki działalności aktywistycznej.

Oczekiwania wobec ruchów miejskich przed ostatnimi wyborami były więc duże, ale rzeczywistość okazała się dla nich bolesna. W dzielnicowych radach nie wywalczyli wielu miejsc. A w tych dzielnicach, gdzie udało im się odnieść relatywny sukces, zostali bezlitośnie ograni przez wyjadaczy. Na Ochocie PO i SLD wolały porozumieć się z dotychczasowym koalicjantem PiS, niż dzielić się władzą z Ochocianami. W Śródmieściu trójka radnych Miasto Jest Nasze niedługo po wyborach opuściła ugrupowanie i zaczęła działać na własną rękę jako „obrotowi koalicjanci”, zawierając na przemian koalicje z PO i PiS. Na Żoliborzu MJN porzucił radny Tomasz Michałowski. Wreszcie ostatni śródmiejski radny ruchów miejskich – lider MJN Jan Śpiewak – po utracie władzy w ugrupowaniu opuścił je w atmosferze wzajemnych oskarżeń i zaczął działać pod własnym szyldem Wolne Miasto Warszawa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej