Ta historia do takich właśnie należy. Usłyszałem ją w Węgrowie, lata temu, w czasie jednego z rodzinnych zjazdów. W niedalekiej Sterdyni prapradziadek August Wilhelm Dehnel, niegdysiejszy powstaniec styczniowy, był rządcą majątku państwa Górskich, w Węgrowie jego syn, Marian, lekarz w Legionach, był w latach międzywojennych dyrektorem szpitala. Co znaczyło, że był również bardzo zajęty, więc nie miał co robić z dwoma synkami, odumarłymi przez matkę, więc wysyłał ich kolejno do różnych szkół, w tym do korpusu kadetów.

Jednym z tych chłopców był mój dziadek Jacek. Ile miał wtedy lat? Dwanaście? Trzynaście? Przyjechał do Węgrowa na wakacje, a może tylko na parę dni, kto wie, może na Wielkanoc – Wielkanoc pod pewnym względem pasuje – w każdym razie w mundurku kadetów. A z nowej szkoły prócz mundurku przywiózł także nowe przekonania.

Kiedy zatem jego ojciec robił obchód po szpitalu, mały Jacuś postanowił z kolegą czy z bratem zrobić pogrom. Ja wiem, że to brzmi dziwnie, ale to właśnie wymyślił: pogrom miejscowej ludności żydowskiej (czyli mniej więcej połowy miasta), a w szczególności chłopców z chederu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej