Zbudowane bez składu i ładu, bez pomysłu, z zagrabioną do granic możliwości przestrzenią, zabudowane ciasno i źle. Mało takich w Polsce? Ale w Miasteczku jest inaczej, i to bardzo inaczej. Powszechnie chwalone (przez tych, którzy zobaczyli je na własne oczy) za niespotykane na nowych osiedlach porządek, sens, układ miejski. Także za czystość i organizację społeczną. Wiele razy pada określenie, że wygląda jak osiedle „nie w Polsce”.

Jak to się stało, że prywatna przestrzeń nie zmieniła się w typowy polski urbanistyczny koszmar? Przepis na to wydaje się następujący. Oto składniki:

Plan i marzenie

Pierwsi klienci kupili wizję. Na szczerym polu, w rogu między Przyczółkową i al. Wilanowską, miało powstać… nie osiedle, ale miasteczko. Takie prawdziwe, tradycyjne. Z placami miejskimi, ryneczkami, śródmiejskim centrum handlu, ulicami posiadającymi swoje pierzeje, zielonymi osiami widokowymi… I choć, oglądając makietę miasteczka wystawioną przez Prokom, część odwiedzających kręciła nosem, że przypomina to MdM, że ciasno, że zbyt śródmiejsko, gdzie te staroursynowskie przestrzenie, gdzie to miasto-wieś, znane i lubiane z PRL-owskich osiedli, to inni „kupili” właśnie ideę Nowego Miasteczka. Miejsca, gdzie przy okazji jednego spaceru można swobodnie dotrzeć do apteki, restauracji, sklepu rowerowego, fitness klubu, przychodni zdrowia, supersamu czy ryneczku. Pierwsi klienci kupili całą przestrzeń, a nie tylko swoje mieszkanie czy też swój blok! I z tym marzeniem wprowadzili się do pierwszych budynków, ustawionych „śródmiejsko” w szczerym polu. Wyczekiwali realizacji wizji…

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej