Jakub Chełmiński: Po jednym z naszych artykułów o smogu zadzwonił pan do redakcji i powiedział, że już w latach 60. XX w. władze Warszawy walczyły ze smogiem. Naprawdę?

Edward Dobija, zastępca przewodniczącego Stołecznej Rady Narodowej w latach 1965-72: Nie używaliśmy jeszcze pojęcia smog, ale zdawaliśmy sobie sprawę z zanieczyszczenia powietrza. Dlatego zależało nam na budowie sieci ogrzewania miejskiego. Powołaliśmy Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej. Nikt już tego nie pamięta, ale to była wówczas trzecia najdłuższa sieć ciepłownicza na świecie, po Moskwie i Leningradzie [dziś Petersburg]. To był ogromny cywilizacyjny skok. Bez niego mielibyśmy dziś smog jak w Krakowie.

Jak wtedy wyglądało miasto?

– W Śródmieściu były tysiące dymiących kominów, pełno składowisk węgla i małych kotłowni na kilka kamienic. Wszędzie jeździły wozy z węglem. W środku Powiśla działała ogromna, przestarzała elektrociepłownia. Mieszkałem wtedy na ul. Rozbrat, pamiętam, jaka sadza leciała z kominów. W zimowe poranki śnieg na Powiślu był szary.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej