– Przeniosłam dziecko do szkoły prywatnej, choć była to dla mnie osobista porażka, bo wierzę w szkoły publiczne – opowiada Justyna Glusman z Ochoty, mama trójki dzieci. – Po reformie warunki w podstawówce po prostu bardzo się pogorszyły. Kiedy zapisywałam córkę do szkoły, liczyła ponad 300 uczniów, teraz jest prawie 500. Biblioteka została przeniesiona do małego pomieszczenia, gdzie nie ma miejsca dla dzieci, które wcześniej np. odrabiały tam lekcje. W świetlicy jest straszny tłok, lekcje wuefu odbywają się na korytarzu albo na zewnątrz. Brakuje szafek, na obiad jest 15-20 minut. Córka przychodziła do domu zmęczona hałasem. A przecież za rok w szkole oprócz klas siódmych będą jeszcze ósme.

W szkołach jeszcze przybyło dzieci

Reforma edukacji PiS obowiązuje od 1 września. Oznacza likwidację gimnazjów, które zdaniem minister Anny Zalewskiej segregowały dzieci na te z lepszych i gorszych szkół. Reforma wydłuża naukę w podstawówce do ośmiu lat. Wprowadzi też czteroletnie licea i pięcioletnie technika. Ostatnie dwa roczniki gimnazjalistów kończą edukację według starych zasad w szkołach połączonych z innymi albo przemianowanych na podstawówki bądź szkoły ponadpodstawowe.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej