Artykuł ukazał się w „Gazecie Stołecznej” 19 września 1996 roku.

Z każdej strony zawodzenia „Majkel, aj low ju!", nerwowe spoglądanie za siebie, nawoływania, kołyszące się transparenty z podobizną idola, hasłami po angielsku: „Michael, nie jesteś sam", „Kochamy Cię wszyscy". Sceny jak z filmów dokumentalnych o The Beatles.

Boeing „Kingdom” wylądował na Okęciu o godzine 15.03, ale Michael Jackson wysiadł z niego dopiero o 15.25 – czekał 22 minuty, aż ochrona sprawdzi 32. sektor pasa startowego. Wreszcie zszedł ze schodów i przywitał się z dziećmi w krakowskich strojach. Witał się ze wszystkimi napotkanymi ludźmi. Przyjmował prezenty. Rozdawał autografy policjantom.

Był opanowany i uśmiechnięty – uśmiech było widać, bo nie założył jeszcze czarnej maski.

O 15.29 wsiadł do samochodu typu van. I niemal natychmiast zmienił plany. Zamiast od razu jechać do hotelu, zaordynował postój i wyszedł do dziennikarzy stojących opodal tarasu widokowego. Gestem nieznoszącym sprzeciwu ustawił w jednym szeregu wszystkich policjantów z motorami i robił sobie zdjęcia pamiątkowe. Pozował też fotoreporterom. Złożył kilka autografów, w tym jeden na rękawicy policjanta.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej