Tadeusz Kądziela, Piotr Wesołowicz: Czemu rozmawiamy z tenisistką, a nie wioślarką?

Iga Świątek: Dobre pytanie. Tata był wioślarzem, pojechał nawet na igrzyska do Seulu w 1988 r. Ale to chyba nie była jego pasja, mam wrażenie, że jedynie etap w życiu, który zamknął i dziś do niego nie wraca, nie opowiada o nim, nie przegląda zdjęć. To nawet dziwne.

Nie chciał, żebyście – ty i twoja starsza siostra Agata – poszły w jego ślady?

– Jedyne, co łączy mnie z wiosłami, to treningi na ergometrze po kontuzji. Wystarczy. Nigdy nie pływałam w łódce, to bardzo trudny sport. Tata chciał, byśmy uprawiały sport indywidualny. I taki, na którym da się coś zarobić.

Czyli tenis?

– Najpierw wysłał nas na basen, ale Agata w wodzie dostawała zapalenia ucha. Więc trafiłyśmy na kort. Najpierw odbijałam piłkę na ściance z tatą, gdzieś z boku. No i przyglądałam się siostrze.

Była dla ciebie wzorem, rywalką?

– Na początku rywalką. Jak byłam mała, chciałam za wszelką cenę ją dogonić, grać jak ona. To było niemożliwe, bo jest trzy lata starsza, silniejsza. Z czasem zrozumiałam, że Agata jest wzorem pracowitości, sumienności. Wcześniej tych cech mi brakowało.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej