Czytałem, że ponad 59 proc. Polaków regularnie na przestrzeni roku odkłada na wakacje. Wakacje dla Polaka/Polki to moment, na który Polak/Polka czeka, do którego tęskni przez całe dwanaście miesięcy, z którym wiąże nadzieje, o którym fantazjuje w zimowe wieczory, kiedy od października do późnego kwietnia plucha, deszcz, śnieg i ciemno. Więc przez rok cały ciułanie grosza do grosza na Bułgarię, na Grecję albo przynajmniej na „polskie morze”, „polskie góry”. Powstaje precyzyjny plan, w którym przez dwa–trzy tygodnie Polka i Polak mają wieść żywot jak z foldera biura podróży, gdzie na kredowym papierze, w słońcu, w intensywnych kolorach wydarza się ogólnonarodowe szczęście.

Dlatego irytuje mnie medialna nagonka na tak zwanego Janusza. Że Janusz to czy tamto. Że nadąsany i nieuprzejmy, że się łokciami w kolejce na Giewont rozpycha, że na basenie od wczesnych godzin porannych piwo na zmianę z twardym alkoholem, że tony węgla na grilla i worki kiełbasy. Staram się zrozumieć, ponieważ w pewnym sensie wszyscy jesteśmy Januszami. Przez większość roku Polka i Polak gonią za tym, żeby jakoś przetrwać. Utrzymać się na powierzchni w jako takim standardzie. Żeby dzieci pokończyły szkoły, żeby im nie brakowało. 500 plus wbrew pozorom nie rozwiązuje problemu. Szef jest męczący i ciśnie na wynik. Przez większość roku liczą się wskaźniki, sprzedaż. A czy awansują? A czy nie zwolnią? Czy dołożą do pensji, czy może zabiorą? To trudny kraj do życia. Codzienność nie przypomina tej, która ma miejsce gdzieś tam na mitycznym Zachodzie. Tutaj nie wszyscy konsumują. Za to duża część rozpaczliwie usiłuje „żyć jak ludzie”. W międzyczasie odkładając na te dwa–trzy tygodnie w roku, kiedy będzie można uwolnić się od codziennego stresu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej