Najpierw trochę komentarzy.

Garść pierwsza:

Agata: „Mam działkę 320 m kw. Zrobiłam warzywnik, posadziłam truskawki i maliny. Syn bawi się w piaskownicy albo huśta, pielimy, jest przyjemnie”;

Agnieszka: „Radość z pierwszych owoców, własnych, niepryskanych. Pomidorów pachnących słońcem, własną marchewką wyrwaną z ziemi”;

Kasia: „Nic nie przebije zupy z własnych warzyw i ziół. Jeszcze tylko trzeba postawić parasol i będziemy mieli dokąd uciekać z bloku”.

Garść druga:

Bzdzioszek: „Kto to pomyślał, żeby uprawiać marchewkę w środku miasta!”;

Mudlciesie: „Te tereny powinny zostać przeznaczone pod osiedla wielorodzinne, a nie tylko służyć wąskiej grupie, która zresztą nigdy za nie nie zapłaciła”;

Alibarber: „Przez ogrody działkowe ceny mieszkań w Warszawie są o przynajmniej 50 proc. za wysokie. Młodzi ludzie muszą wynosić się na Białołękę, gdzie nie ma infrastruktury. Takie ogrody przy Sobieskiego albo na rogu Niepodległości i Racławickiej są w samym środku miasta. (...) Większość tych terenów powinna być zabudowana”.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej