Tak zaczyna się „Dziesięć słów o ojczyźnie” Ołeksija Czupy, ukraińska powieść o Warszawie. Przypadkowo Roman wpada na piękną kobietę. Przypadkowo mówi ona po ukraińsku. I udostępnia mu swoje mieszkanie na Pradze oraz rodzaj prywatnego stypendium, byle tylko zgodził się zostać bohaterem jej książki. Ta zaskakująca sytuacja, pełna wiary w polską branżę wydawniczą, prowadzi do miłosnego trójkąta złożonego z nieprawdopodobnych i nietuzinkowych postaci.

Weźmy taką Agnieszkę, potrąconą na ulicy pisarkę. Na nazwisko ma Kochanowska, ale wszyscy, łącznie z epizodyczną postacią polskiego wydawcy, kojarzą je z czasownikiem „kochać”, a nie z poetą z Czarnolasu. Jest ulepiona z klisz. Najbliższa relacja łączy ją z kotem, łączy też seksualną swobodę, artystowski styl życia i zaskakująco prawicowe poglądy – o Pussy Riot wypowiada się z oburzeniem, chodzi do kościoła, w dodatku Lwów uważa za polskie miasto. Ołena jest niewidoma i przedstawiana nieco protekcjonalnie – jako urocza i infantylna zarazem, toksycznie uzależniona od narzeczonego. Roman miesiącami utrzymuje ją w przekonaniu, że jest w Pradze, a nie na Pradze. Sam miesiącami nie przekracza linii Wisły, trzyma się wschodniego brzegu.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.