Sprawa jest poważna. Pragnę dziś się zmierzyć z najoryginalniejszą, a kto wie, czy wręcz nie najlepszą, restauracją naszego miasta. Co tam miasta, podobnego przybytku nie znam w całym kraju, a i w zaprzyjaźnionych mocarstwach, zdaje się, nikt na równie śmiały koncept nie wpadł. Restauracja, o której myślę i z wizyty w której nie jestem w stanie kolejny już dzień się otrząsnąć, to kwintesencja restauracyjności rozumianej jako gotowość do smacznego i obfitego karmienia gości. To także restauracja a rebours, zaprzeczenie potocznych mądrości o tym, czym powinna być knajpa. Sięgam do biblii polskiej gastronomii, opasłego tomu "Kucharz & Gastronom" regulującego podstawowe zasady profesji. Na stronie 25 czytam zdanie brzmiące niczym przykazanie objawione na Mojżeszowych tablicach: ,,Podział zakładu jest zależny od rodzaju placówki, jednak zawsze wyróżnia się w nim dział konsumencki i zaplecze gastronomiczne". Czytam i mam wrażenie, że świat zaczyna się trząść w posadach, po niebie płyną chmury z waty cukrowej, a łysi umawiają się na wizyty u fryzjera. Do restauracji, o której piszę, wchodzimy wejściem dla personelu, do stolików zasiadamy na wykafelkowanym na biało "zapleczu gastronomicznym", a do ,,działu konsumenckiego" nie prowadzi w ogóle żaden szlak.
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.