To akcja, którą wymyśliła Maria Skołożyńska. Właśnie trwa jej druga edycja. Premiera była podczas Wielkanocy. - Pojechałam do Hali Mirowskiej po kwiaty. Podszedł do mnie mężczyzna. Poprosił o pieniądze. Powiedział, że jest bezdomny. Nie dałam mu pieniędzy, ale zaproponowałam, że mogę kupić coś do jedzenia. Zapytałam, czy jest coś, co najbardziej chciałby zjeść. Odparł, że na Wielkanoc powinny być gotowane jajka, a on nie ma nawet gdzie ich ugotować - przypomina początki akcji Maria Skołożyńska. Kiedy tego samego dnia u babci widziała stoły zastawione po brzegi świątecznymi smakołykami, wpadła na pomysł, by to, co zostanie po świętach, rozwieść do osób bezdomnych.

Odzew przerósł oczekiwania

Wtedy to była spontaniczna akcja. Działa sama. Napisała o tym na Facebooku. Prosiła o udostępnianie informacji. Jedzenie odbierała od tych, którzy się zgłosili. Sama rozwoziła je osobom bezdomnym.
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.