Piotr Jaroszewicz z domu wychodził rzadko. Jeśli wybierał się na spacer, to po zmroku. Nie przepadał za spotkaniami z sąsiadami. Nie przyjmował niezapowiedzianych wizyt. Anonsować telefonicznie musieli się nawet najbliżsi.

Z dawnymi towarzyszami z partii czy rządu nie utrzymywał kontaktu. Odwiedzały go jedynie dzieci i wnuki. Spośród nich tylko Jan Jaroszewicz miał klucze do furtki i domu.

1 września 1992 r. przez cały dzień próbował się dodzwonić do ojca. Nikt nie podnosił słuchawki. Wieczorem, mocno zaniepokojony, przyjechał na ul. Zorzy 19 w Aninie. Ojciec siedział w fotelu w gabinecie. Został uduszony paskiem od sztucera. Pętlę zaciągnięto ciupagą. Matkę, Alicję Solską-Jaroszewicz, godzinę później znaleźli policjanci. Zginęła w łazience od strzału w głowę.

Tuwim smuci się w Aninie

Do willi w Aninie nie można było tak po prostu wejść. Ogromna, czterohektarowa działka otoczona była siatką zakończoną drutem kolczastym. Od frontu dostępu broniły metalowa brama i parkan. Budynek powstał w latach 30. XX wieku i nazywany był "Willą Lotha" od nazwiska pierwszego właściciela gruntu. Po wojnie krótko działało tu przedszkole, w 1948 r. wprowadził się Julian Tuwim. W 1953 r. pisał: "O, nie pytaj, czemu smutno mi w Aninie! / Ani dawniej nie znosiłem ani ninie".
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej